Archiwa tagu: Recap

Recap na szybko: Bucks – Grizzlies 110-103

Powinniśmy być zadowoleni z dwóch rzeczy: (1) z trzeciej z rzędu wygranej i (2) z tego, że pogłoski o kontuzji kolana Bledsoe okazały się nieprawdziwe. Bucks zasłużyli na słowa uznania, głównie dlatego, że po raz kolejny udało im się wygrać mimo, że pod koniec pierwszej połowy przegrywali już 55-65. Rajd zaczął się od dwóch udanych akcji z rzędu Giannisa, potem celna trójka Middletona na początku trzeciej kwarty i pullup jumper Bledsoe dały nam 10 punktów z rzędu. Nie wiedzieć kiedy, z 55-65 zrobiło się nagle 75-70 dla Kozłów. W czwartej kwarcie zimną krew zachował się Henson, który pracuje nad tym, żebym musiał publicznie przepraszać za to, że uznałem go za najmniej wartościowego gracza Bucks w tym sezonie. Dwa punkty odnośnie Hensona w tym meczu:

(1) – uwielbiam jak staje na wysokości osobistych i po dostaniu piłki zaczyna rozgrywać. Jest jedna akcja, w której robi pivot niby na mini półhak lewą ręką, potem odwraca się w drugą stronę i odgrywa na wolne skrzydło do Middletona albo Snella. Swish. Trójka.

(2) – końcówka meczu w jego wykonaniu pozwala kibicom Bucks szybko zapomnieć o braku Monroe. Najpierw blok na Gasolu, potem cztery punkty spod samego kosza. W cały meczu 8/10 z gry, 17 punktów, 8 zbiórek – takiego Johna chcemy widzieć do mecz.

Kluczem do wygranej było, to o czym pisałem w zapowiedzi – szanowanie piłki. Bucks mieli tylko 9 strat (przy 14 Grizzlies) co pozwoliło ograniczyć łatwe punkty dla Memphis. Dodatkowo, w końcu należy pochwalić zbilansowany atak: Giannis miał standardowy prawie triple-double występ (27/9/7 – i ten follow-up blok z pierwszej kwarty, prowadzący do trójki z rogu Middletona – poezja) ale solidnie dorzucili się też wspomniany Henson (17/8), Middleton (17), Bledsoe (15) i Brogdon (10 w 19 minut).

Znowu zaimponował mi Liggins, który w obronie zaczyna się robić naszym głównym zabijaką. Hustle co mecz na poziomie finałów NBA. Trzy przechwyty. Ciągle przy swoim zawodniku. Z nim na parkiecie widać było, jak bardzo dobra obrona ułatwia grę w ataku. Deandre dostał dzisiaj aż 21 minut i nie zdziwię się, jak przy takiej intensywności gry pod bronionym koszem, będzie to regularna porcja minut, jakie będzie dostawał od Kidda.

Z pracy będzie edit i rozszerzenie recapu. Pókico, skrót meczu.

Reklamy

Recap: Bucks przegrywają z Celtics 89-96.

Pierwszą rzeczą jaką robię po usłyszeniu budzika w środku nocy jest doznanie szoku po tym, jak światło z telefonu mnie na moment oślepia. Potem jest moment, który zawsze rano pamiętam jak przez mgłę, gdy nie wiem jakim cudem udaje mi się wstać z łóżka i zapalić światło w pokoju. Chwilowy ból głowy powoduje, że jeszcze bardziej mrużę oczy. Dalej lecę z automatu – jedna ręka sięga po pilota i włącza telewizor, druga uruchamia konsolę. W między czasie spacer do kuchni po zimną wodę z lodówki, na pełne rozbudzenie się. Wracam, odpadam League Passa i nagle nie chce się spać. Dzisiaj w nocy, gdy po raz pierwszy, przepraszam za wyrażenie, jebła mnie jaskrawa żółć świeżo położonego parkietu, myślałem, że oślepnę. Co innego oglądać to na laptopie/tablecie, a co innego włączyć w środku nocy na dużym telewizorze.

Wyglądało to pięknie, musisz przyznać. Retro w najlepszym tego słowa znaczeniu – moja bujna wyobraźnia nie raz w ciągu meczu zabierała mnie na wędrówkę do 1968 i w przerwach googlałem zdjęcia USA z tamtej epoki. Fajnie mieli.

 

 

 

Parkiet zdał egzamin i wyglądał fenomenalnie, szkoda tylko, że Kozły przypomniały przy okazji nasze porażki z Celtami w playoffach latach 80. Z resztą, obie drużyny zagrały tak, jakby się bały, że ładną grą przyćmią lśnienie parkietu-legendy. Pierwsza połowa była wręcz depresyjna (44-43) i gdyby nie kilka kontr, czy wsadów (nawet tych nieudanych – vide Giannis na koniec pierwszej kwarty!!!) można by ją przemilczeć.

Trochę zaczęło się rozjaśniać w trzeciej kwarcie, kiedy Bucks wyszli na spokojne (i chwilowe) prowadzenie, ale nie było to spowodowane nagłym przypływem geniuszu któregoś z naszych zawodników, a raczej z krótkotrwałego zaćmienia Celtów. Goście szybko się ogarnęli i w czwartej kwarcie mogliśmy równie dobrze położyć się na parkiecie i podziwiać grę ceni w Mecce. Z Cavs pogrążyła nas seria 9-0 Korvera i jego trzech trójek z rzędu, teraz oberwało nam się serią 9-0 zespołowo grających Celtics. Wystarczyła chwila grania podaniami i nasza obrona całkowicie się posypała – przerażające było też to, jak łatwo daliśmy się mijać na pierwszym kroku, co otwierało masę sytuacji na łatwe punkty dla gości.

Zabrzmi to strasznie, ale pomimo otarcia się o triple-double (28/10/7), Giannis zagrał najgorszy mecz w tym sezonie. Duża w tym zasługa Horforda, który znalazł na moment receptę, jak nieco ograniczyć szaleństwa Antka w ataku. Al jest wystarczająco silny, żeby nie dać się od razu przepchać, a do tego ma na tyle dobrą pracę nóg, że nie dał się z łatwością mijać. Wymusiło to od Giannisa lekką korektę gry: tylko 14 punktów z pomalowanego (w tym 7 po kontrze), więcej rozgrywania i rzutów z dystansu. W ostatniej minucie meczu, cała NBA wciągnęła mocno powietrze i otworzyła usta z niedowierzaniem, bo Giannis najpierw pewnie trafił trójkę. I w kolejnej akcji ponownie. Back-to-back trójki Giannisa prawie zamieniły się we threepeat, ale niestety rzut po zatrzymaniu nie znalazł drogi do kosza.

Brogdon jest naszą pewną, drugą opcją i w kolejnym meczu pokazał, że w tym sezonie nie będzie zawodził. Gdyby nasi najbardziej doświadczeni gracze: Middleton i Moose stanęli na wysokości zadania i zagrali taki mecz, do jakiego mnie przyzwyczaili rok temu, bylibyśmy naprawdę mocną drużyną. Teraz jednak mieliśmy kolejny popis naszego dynamicznego uno bez większego wsparcia z ławki.

Przegraliśmy ten mecz na deskach. Henson i  Thon byli non factorem w zbiórkach, momentami popełniali podstawowe błędy przy zastawianiu, stąd 6 ofensywnych zbiórek Celtów i wygrana deski 47-37. Nie możemy dopuszczać do sytuacji, w których Brown i Smart skaczą między naszych trzech obrońców i albo zbijają piłkę, albo (o zgrozo), zabierają ją sprzed twarzy naszych wysokich.

Szkoda przegranej, szczególnie że był to mecz podwyższonego podniecenia ze względu na powrót do Mekki. Porażka jednak nie boli tak bardzo, jak styl, a ten dzisiaj pozostawił wiele do życzenia.

Ciekawostka:

  • Giannis jest pierwszym zawodnikiem w historii NBA, który po pierwszych pięciu meczach sezonu notuje średnio 35 pkt, 10 zbiórek i 5 asyst.

Nie łamiemy się, wyciągamy wnioski i gramy dalej. W niedzielę widzimy się o 20:30 na meczu z Hawks!

Bucks – Hornets 104 : 93 (3-1) Wymęczone zwycięstwo.

Meczów jak ten będzie niestety w tym sezonie dużo. Słaba pierwsza kwarta, pod koniec której przegrywaliśmy już nawet 15-25, ratujący nam tyłek buzzerami Teletović (5/9 za trzy, drugi najwyższy OffRtg pod Snellu – 115,7), potem mecz punkt za punkt (14 razy zmieniało się prowadzenie, 11 razy mieliśmy remis), aż w końcu w ostatnich 2 minutach Bucks odjechali na bezpieczny dystans. Najpierw blokiem do deski popisał się Middleton, z kontry dwa punkty zdobył Giannis. W kolejnej akcji Middleton trafił za trzy na +5, a pod koniec kolejny prawie-clutch blok zaliczył Giannis, który, tak na marginesie, tym razem trafiał wolne pod presją. Kiedy zobaczyłem, że w pierwszym składzie nie ma Brogdona, na moment przyszło mi do głowy: „leci do Phoenix”. Na szczęście chwilę potem padła informacja, że nie wiadomo kiedy nabawił się kontuzji (kostka). Póki co nie ma informacji, kiedy wróci do gry.

Antek zrobił swoje – dominował w kontrze, był nie do zatrzymania po eurostepach, bronił jak zawsze, ale do 32 punktów, 14 zbiórek i 6 asyst dołożył też 6 strat (13 Bucks). Nie zmienia to faktu, że udało mu się pobić dwa rekordy:

  1. Żaden zawodnik w historii NBA nie zdobył w pierwszych czterech meczach 147 punktów, 43 zbiórek i 21 asyst,
  2. Stał się pierwszym po Kareemie (1975) zawodnikiem Kozłów, który zdobył +32 punkty w pierwszych czterech meczach sezonu.

Najprawdopodobniej też będzie to jego czwarty mecz z rzędu, kiedy ląduje w akcjach TOP10 dnia – tym razem gościnnie zapozował do plakatu Franka Kaminskiego:

Khris dalej ma problemy, że grać na poziomie jakiego wszyscy od niego oczekują. Dzisiaj zdobył co prawda 20 punktów, popisał się fantastycznym blokiem o deskę w ostatnich minutach, ale znowu trafił tylko jedną z pięciu trójek i skończył mecz z eFG% 44,7. Na szczęście, ta jedyna trójka wpadła na 45 sekund przed końcem meczu i dała nam pięć punktów przewagi. Giannis po meczu powiedział:

„Don’t worry about Khris. He’s the last person you need to worry about…we know he’s always gonna be there for us. He’s going to get out. Next game, he could hit 7 of them.”

Formą z ławki imponuje Teletović, który trafia jak na zawołanie i jest pewnym wzmocnieniem przez około 20 minut (dzisiaj 15 punktów i 5 zbiórek).

Dobrze, że Bucks są w stanie od początku sezonu wygrywać mecze na styku i zamykać końcówki na swoją korzyść. Mieliśmy dużo szczęścia, bo na dobrą sprawę Hornets przegrali ten mecz przez osobiste. Trafili tylko 21 z 36 (53%) przy naszych 14 na 16 (87%). Wynik mógł być zupełnie inny, gdyby Dwight nie skończył meczu na poziomie Dwighta: 0/9 z wolnych, ale też 22 zbiórki (8 w ataku, o 3 więcej niż Bucks) i 4 bloki.

Statystyka meczu: Johnny O’Bryant rzucił w tym spotkaniu więcej punktów (14) niż w 100 meczach w barwach Bucks (12). BRAWO!

Nie pozostaje nic innego jak cieszyć się z bilansu 3-1 i szykować powoli do drugiego w tym sezonie meczu z Celtami.

 

Recap Blazers @ Bucks 110-113: Giannis unreal.

Czasami mecz kończy się nie po jego myśli i w te dni Giannis się nie przebiera i nie bierze prysznica po meczu, tylko biegnie prosto do swojego wynajmowanego Forda Escalade. Pakuje się do środka i na pełnej kur*ie jedzie do seminarium katolickiego w St. Francis, gdzie księża się modlą, a od 1986 Bucks trenują w Cousins Center. To tam Giannis przechodzi metamorfozę. W samotności daje upust swojej złości, wyniszczając się do ostatniej kropli potu do pierwszej nocy, czasem do trzeciej. Rzuca. Biega. Skacze. Krzyczy. „Jestem taki zły, że gdybym pojechał prosto do domu bałbym się, że ta złość mi nigdy nie przejdzie. W taki sposób odreagowuję.” – powiedział kiedyś Giannis.

Dzisiaj byliśmy świadkami, jak Bruce Banner zamienił się w Hulka. Obejrzyj mecz od stanu 108-101 dla Milwaukee, kiedy nagle, w przeciągu trzech minut, widzimy starych, dobrych Bucks, którzy wypuszczają pewną wygraną z rąk w ostatnich minutach. Kluczowy moment – Giannis nie trafia dwóch osobistych, które wyprowadziłyby nas na jedno punktowe prowadzenie przy mniej niż minucie meczu. Osobistych, do których doprowadził przechwytem, po którym nie mogłem odzobaczyć Jordana kradnącego piłkę od Malone’a w ostatnim finałowym meczu z Jazz. Blazers biorą czas, siada na ławce i widzisz, jak go roznosi. Szuka nerwowo jakiegoś krzesła, którym mógłby rzucić. Karku, który mógłby skręcić. Wojna jaka rozdziera jego serce i powoduje, że zaciska do krwi usta, przejmuje kontrolę nad jego ciałem. Przestaje być sobą. Zmienia się.

Potem wchodzi na boisko i zapomina o tym, co stało się kilkanaście sekund temu. Czysta karta. W jego oczach widzisz, że rozgląda się po hali, ale nie widzi kibiców. Nie słyszy ogłuszających gwizdów i oklasków, które wspierają Kozłów w tych ostatnich sekundach, kiedy piłkę z boku wyprowadzają gracze Blazers. Widzi swojego zmarłego niedawno tatę, który patrzy na niego z góry i wspiera go w tych trudnych minutach jego kariery. Zaciska pięści, staje na środku i kontynuuje wykonanie swojej misji. Przegrywamy jednym, nieco 40 sekund do końca. Czas staje w miejscu.

I wtedy Giannis wklepuje kody. Spowalnia grę do 20%, a sobie podkręca umiejętności do 120%. Kiedy przechwytuje piłkę i biegnie na kosz między trzema zawodnikami Portland ja siedzę już na brzegu łóżka i drę się jak szalony w środku nocy „dawaj k**aa!! DAWAAAAAJ” Wybija się i pewnie kończy wsadem z dwóch rąk. Biegnie przez połowę boiska i robi jeden kozioł. FREAK! I ta mina jaką widzisz potem, ta pewność siebie i sportowa złość, która wręcz kipi z niego każdym kawałkiem skóry. Jakby z kropelką potu wypływała z niego dawka czystej energii, mogącej zasilić start rakiety SpaceX. Prowadzimy 111-110, gdy na 6 sekund przed końcem Nurkić staje do pojedynku nad obręczą z Giannisem. Ponownie czuję jak czas spowalnia po to, żeby Antek mógł wymierzyć w powietrzu idealny moment zablokowania tego rzutu. Gdy jego olbrzymi dłoń zbija piłkę z dala od kosza słyszysz eksplozję. Rozsadza ci głowę od środka. Wyskakujesz w powietrze, budzisz sąsiadów i zaciskasz pięść w geście triumfu, jakbyś to ty właśnie przekroczył kolejną barierę zajebistości. Bo z Giannisem tak jest – możesz podziwiać jego wsady i mecze, ale przede wszystkim, wspierając tego chłopaka w lidze od dawna, łączysz się z nim emocjonalnie na nieznanym dotąd poziomie.

Nie potrafię jeszcze nic więcej napisać.

Jeśli szukasz meczu, żeby uwierzyć w Bucks, nie szukaj dalej. Młodzi i niedojrzali, ale czy potrafią wejść na wyższy poziom w zaciętych końcówkach? Chyba właśnie do udowodnili.

Jeśli jeszcze nie wierzysz, że Giannis to w tym roku kandydat do MVP – nie… szukaj… dalej!

To był dla niego szczególny mecz. 44 punkty i rekord kariery. Do tego game winning steal-dunk-block. Wszystko naraz. Po meczu Giannis zabrał ze sobą piłkę do szatni. Przytulił ją i ścisnął mocno, tak jak ty to robisz za każdym razem, jak po dłuższej przerwie wychodzisz na boisko albo na salę. Tylko, że Antek pożyczył czarny marker i napisał na niej: „To dla tatusia. Wygraliśmy dzisiaj, a ja rzuciłem 44 punkty.” I położył ją w swojej szafce, żeby czekała na niego aż po wywiadach będzie mógł ją zabrać do domu i powiedział dziennikarzom: „Idę pod prysznic. Nie ruszajcie mojej piłki.” Po wywiadach wsiądzie w auto i znowu zamknie się sam w pokoju, gdzie pewnie opuszczą go emocje. Wciągnie mocno powietrze, wypuści głośno i trzymając piłkę w rękach usiądzie w fotelu. Nie przejmuj się Giannis, czasami dobrze sobie popłakać.

Postaram się więcej napisać, jak emocje opadną. Po takiej końcówce i taki emocjonalnym roller-coasterze, nie da się trzeźwo myśleć w środku nocy.


Update bez emocji 18:47

Giannis jest fantastyczny, ale nie wygralibyśmy tego meczu, gdyby reszta ekipy w końcu nie stanęła na wysokości zadania.

  1. DeAndre Liggins  – za nic w świecie nie spodziewałem się go dzisiaj zobaczyć w tym meczu. Do tego tak szybko. W ataku był tragiczny, pierwszy kontakt z piłką zakończył się stratą, potem nie trafił trójki z czystej pozycji, a mimo wszystko zakończył mecz +10, głównie dzięki fantastycznej obronie. Pierwszym plusem tego, że wszedł na boisko było to, że Delly dostał tylko 18 minut i nie grał w końcu jako SG obok Brogdona. Drugim, jego energia i nieustępliwość w obronie były niewiarygodne jak na początek sezonu.
  2. John Henson – wiesz jakie mam zdanie na jego temat. Ale dzisiaj się zamknę i nie powiem nic złośliwego. Chłopak był wszędzie. Pisałem dzisiaj na twitterze o tym, jak fantastycznie zachowywał się na wysokich zasłonach dla McColluma i Lillarda – przekazania były tak płynne, że ręce same składały się do oklasków. W ataku nie jest i nie będzie tak atletyczny jak Maker, ale walczył o każdą wolną piłkę i parę razy udało się zbić na obwód i ponowić akcję. No i, uwaga, trafił jumpera prawie z narożnika.
  3. Mirza Teletović – przez moment rozpalił się tak, że bałem się że usiądzie na środku boiska, rozłoży nogi i będzie czekał na pierwszy lepszy wjazd, kogokolwiek. Nie narzucał wiele, ale te dwie trójki w kolejnych akcjach dały nam chwilowe momentum i pozwoliły rzucić się do odrabiania punktów.
  4. Khris Middleton – nie wiem czemu, ale co raz częściej zaczyna pomagać przy zasłonach i ucieka do krycia centrów. Wczoraj kilka razy kończył twarzą w twarz z Lovem, dzisiaj z Nurkiciem. Zazwyczaj kończy się łatwą stratą punktów. Ważne jednak, że zebrał się w sobie jeśli chodzi o ofensywę – zdobył pierwszy 8 z 14 punktów Bucks, skończył na 18, które może nie są szczytem marzeń, ale na szczęście, na Blazers wystarczyło. Znowu jednak nie trafił trójki (z Cavs też nie szalał) i zaczynam się zastanawiać, skąd ta nagła niemoc z dystansu (chociaż jak znam życie i tak pewnie skończy sezon w granicach 40%).
  5. Czy Brogdon może być jeszcze lepszy? Nawet jeśli motorycznie nie zaskoczy niczym nowym i będzie sukcesywnie dodawał tylko trójki, jego basketball IQ jest absurdalnie wysokie. Do tego dochodzi wrodzona umiejętność przeglądu pola i coś, czym cholernie mi imponuje w dotychczasowych meczach – zdolność do zwalniania tempa akcji. Chłopak ma łeb na karku i myśli na boisku jak mało kto.
  6. Tony Snell – nikomu póki co nie ufam tak bardzo, jeśli chodzi o rzuty za trzy, jak jemu. Każda jego trójka zdaje się rozbudzać na trybunach takie emocje, jakby to był co najmniej rzut w ostatnich sekundach, który jeszcze daje cień nadziei na wygraną. Jego trójki nie są nudne, mimo, że wyraz twarzy Snella zawsze jest wolny od jakichkolwiek emocji.
  7. W drugiej minucie trzeciej kwarty Giannis miał 23 punkty (9/10 z gry), 3 zbiórki, 2 asysty i 2 przechwyty. I wtedy zaczął się nudzić.

Recap: Dominacja Giannisa w czwartej kwarcie. Boston zdobyty 108-100. (1-0)

Jeśli chociaż przez moment zastanawiałeś się, jak silny będzie w tym sezonie Giannis, to mam nadzieję, że pierwszy mecz rozwiał twoje wątpliwości. Nie dość, że zdobywając 37 punktów (w ty aż 24 z pomalowanego) zrównał się na drugim miejscu z Michaelem Reddem pod względem największej liczny punktów zdobytych w meczu otwarcie Bucks (rekord: 41 pkt należy do Kareema. Do przyszłego roku), to jeszcze w trzeciej kwarcie zmusił Arona Baynesa do zakończenia kariery i otwarcia własnego zakładu fryzjerskiego.

Totalna dominacja Giannisa w czwartej kwarcie: 16 punktów (5/7 z gry), 3 zbiórki, 2 asysty i 2 przechwyty. Celtowie – 20 punktów (8/25 z gry).  Usg% Antka w tym meczu: 39,6% – najwyżej w karierze. Komentarz Brada Stevensa po meczu, który powiedział, że patrzyliśmy dzisiaj na prawdziwego kandydata do nagrody MVP wystarcza za wszystkie moje moje słowa.

Bałem się po pierwszej połowie, mimo że schodziliśmy do szatni prowadząc 58-53, bo 40 z tych punktów zdobyło trio: Giannis, Malcolm i Khris. Middleton wyglądał zdrowo i zagrał typowy dla siebie mecz: spokojnie i bez polotu uciułał nie wiadomo kiedy 19 punktów (eFG: 54,7%), miał najwyższy w drużynie Ast% – 22,2% i lekko flirtował z triple-double z 6 asystami i 9 zbiórkami. Byłem bardzo ciekawy pojedynku Brogdona z Irvingiem i nie zawiodłem się. Malcolm pokazał, że jest w stanie grać przeciwko najlepszym w tej lidze, zakończył mecz z 19 punktami (TS% prawie 81%!), ale co najważniejsze ograniczył Irvinga do 32% eFG (17 punktów na 9/25 z gry) i tylko 3 asysty w 39 minut.

Bucks mieli też dwóch cichych bohaterów. Pierwszym z nich był Delly, który w 26 minut dał naprawdę dobra zmianę (8 punktów, 50% za trzy) i do tego pod koniec meczu trafił ważną trójkę dającą nam siedmiopunktowe prowadzenie na kilkanaście sekund przed końcem. Drugim z mini herosów był Henson:  nabił 4 bloki, ale też kontestował (sorry za WMichałowizm) 11 rzutów, miał najlepszy w drużynie DefRtg 89,6 i mimo jedynie 17 minut spędzonych na parkiecie – trzecie PIE w Bucks: 15,6 (Giannis 26,3, Monroe 17,6).

Cieszy mnie też to, że zobaczyliśmy dzisiaj Bucksm, którzy wchodzą pod kosz, a nie rzucają trójki jak szaleni (średnio 30 na mecz w zeszłym sezonie – tylko 21 prób w tym meczu). W drugiej strony jednak, naszą dużą bolączką w obronie są trójki z rogów – Celtowie dzisiaj oddali ich aż 8 z 28 wszystkich prób – trafili na szczęście tylko 3.

Jeśli jeszcze nie widziałeś meczu, to łap skrót.

Jeszcze na deser, pomeczowa wypowiedź Giannisa:

 

 

Dzięki za uwagę – słyszymy się na następnym meczu z Cavs: 21.10 o 1:00

#FearTheDeer!

Preseason: Bucks @ Bulls 101 – 114 (0-3)

Przegapiłem mecz z Indianą, ale miałem wtedy akurat apogeum spotkań i pożegnalnych imprez z gośćmi na targach. Za to w piątek i w sobotę był czas wielkiego odsypiania straconego tygodnia i trzech z rzędu nocy z dwoma godzinami snu. Dobrze wrócić na chatę.

Wczoraj wieczorem, już na spokojnie i bez żadnego pośpiechu, siedząc na wygodnym krześle i popijając bezalkoholowego Bitburgera (<– cudowny), obejrzałem debiut Giannisa w tym sezonie, w meczu z trafiającymi wszystko Bulls (do przerwy 13/21 za trzy, w meczu 17/34). Po pierwszej kwarcie, zakończonej buzzerem za trzy Giannisa (14pkt w 8 minut) przegrywaliśmy jeszcze tylko 24-27, ale już na koniec trzeciej Bulls odskoczyli na 77-89. Ostatnią odsłonę zaczęliśmy bardzo eksperymentalną piątką Marshall-Vaughn-Brown-Wilson-Anthony, które niestety nie była w stanie odrobić strat. W rezultacie mecz zakończyliśmy trzecią z rzędu porażką w preseason, tym razem 101-114

Najważniejsze rzeczy, które rzuciły się w oczy:

  1. Powrót Giannisa wystarczył, żeby ten nieciekawy mecz był warty twojego czasu. Agresywny jakby to był siódmy mecz finałów, walczący o każdą piłkę, lawirujący między obrońcami, robiący te swoje pokraczne/cudowne eurostepy i dominujący w każdej sytuacji. Ta pullup trójka z pełnego biegu w ostatniej sekundzie pierwszej kwarcie dała mi więcej radości niż wsad oburącz z mini pompką między dwoma obrońcami. Po strasznej tragedii jaka go ostatnio spotkała, można powiedzieć jedno – Giannis wrócił.
  2. Obrona Bucks była przerażająca, ale oddaję to temu, że mamy dopiero październik i może motywacja była nie taka jak trzeba. Ale nie wiem, jak wytłumaczyć to, że połowa wszystkich rzutów Byków to były trójki, które daliśmy im trafić z 50% skutecznością. Pobili nas prostymi, szybkimi podaniami na obwodzie, potrafili bez problemu minąć obrońcę i przy kontestowanych rzutach odrzucali do wolnego strzelca na trójce. Plejada zawodników, którzy nie do końca znają jeszcze nas system przekazań w obronie była głównym powodem tego, że gubiliśmy się na zasłonach i nie mieliśmy odpowiedniej komunikacji. Trzeba jednak oddać Bykom to, że Hoiberg wykonał kawał dobrej roboty w nauczeniu swoich chłopaków spacingu.
  3. Kidd bawił się rotacjami jak Durant zmienianiem kont na twitterze. Nie przyniosło do dobrego rezultatu nawet z mizernymi Bulls, ale oprócz zobaczenia (być może po raz pierwszy i ostatni w tym sezonie) piątki Marshall-Vaughn-Brown-Wilson-Anthony, mogłem na moment podziwiać defensywę w wykonaniu Hensona-Giannisa-Middletona-Brogdona i Snella. Powiem wam, że petarda.
  4. Długie skarpetki, opaska na głowie. The Jet is back. Wszedł na kilka sekund, dostał piłkę, podał kozłem do ścinającego Monroe, ten znalazł w rogu Snella – buuum, trójka.
  5. W drugiej kwarcie poszukaj jeszcze raz akcji w której Giannis zbiera się do ataku przeciw Denzelowi Valentinowi. Popatrz na pełne strachu spojrzenie Jeriana Granta, który nie wiedział, czy ma pomagać koledze w obronie, czy zostawić go na w nie-do-wygrania sytuacji 1-na-1. Wybrał pierwszą opcję, zapomniał o Brogdonie w rogu, w rezultacie Giannis zaliczył asystę a nasz Prezydent – łatwą trójkę z czystej pozycji. Giannis All-Star.
  6. Trochę czasu dostał Marshall, ale co z tego, że trafił trójkę, skoro kompletnie nie radził sobie w obronie z objeżdżającym go Krisem Dunnem.
  7. Sterling Brown chyba w końcu przestaje się stresować przed meczami, bo dzisiaj oprócz walenia cegieł za trzy (jedną trafił!) pozwolił sobie na spektakularny wjazd pod kosz i wsad w tłoku.
  8. Joel Anthony wygrał akcję meczu. Czwarta kwarta. Kończy się czas na naszą akcję. Spojrzenie na zegar – „mam czas”. Post-up na Portisie. Bump. Bump. Wygrywamy trochę parkietu. Zwód w jedną stronę. Piłka w lewej ręcej. Hak nad obrońcą, z pomalowanego. „Pięknie leci” – myślisz.
    „A chuj tam, będzie airball.” – odpowiadają koszykarscy bogowie, którzy zatrzymują piłkę w połowie lotu.
    Buzzer-beating-airball spod kosza. Kocham zawsze i wszędzie!
  9. Naprawdę fantastycznie się ogląda Middletona, który dynamicznie mija na pierwszym kroku i kończy akcję z góry. Obu tylko kolano wytrzymało do końca sezonu i będzie dobrze.

Kolejny mecz dopiero w piątek (13.10) o 2:30, w Detroit.

Błyskawiczny recap: przegrywamy z Mavs 104-106

Być na targach narzędziowych w Sosnowcu (gdybyś był w okolicy i chciał pomachać, to śmiało) i ogarniać mecze ma swoje plusy – jak mecz zaczyna się o 2:30, a impreza dopiero się zaczyna, odpada cały problem ze wstawaniem w środku nocy. Gorzej, że nagle wychodzisz z pokoju i mówisz dobranoc, bo Bucks zaczynają preseason. Niestety, mecz zaczęliśmy od porażki 104-106 pomimo szaleńczego pościgu w czwartej kwarcie, w której odrobiliśmy dwucyfrową stratę i o mały włos nie zakończyliśmy tego meczu w pełni niezasłużonym zwycięstwem.

Tak bardzo błyskawicznie dzisiaj:

  1. Henson brał przed meczem coś, co bardzo by mi się dzisiaj przydało. Podręcznikowy dzień konia: 13 minut, 11 punktów, 4 zbiórki i 2 asysty. Ale nie podniecajmy się – to dalej tylko John Henson. To samo tyczy się Vaughana, który rzucił 20 punktów z ławki i wyrósłby na bohatera, gdyby tylko trafił game winnera.
  2. W meczu nie zagrał Giannis, który jeszcze nie wrócił do siebie po śmierci ojca i spędza czas z rodziną.
  3. Nie zobaczyliśmy też Makera, który skręcił kostkę i nie będzie grał przez co najmniej tydzień.
  4. Pod nieobecność Antka i Thona, w pierwszej piątce wyszli DJ Wilson i Sterling Brown.
  5. Mecz jak to preseason – dzielenie czasu na wszystkich zawodników, trzy osoby na trybunach.

Warto było wychodzić z imprezowego pokoju, żeby zaliczyć pierwszy mecz w sezonie?

WARTO!