Archiwa kategorii: NBA

Idzie draft – są smęty i nudne wywody.

Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że minęło pół roku od ostatniego wpisu. Pół roku, w czasie którego dziesiątki innych obowiązków spychało na dalszy plan tak lubiane przeze mnie ciche wieczory na tarasie, z laptopem na stole i piwem szumiącym w głowie. W pół roku zdążyliśmy przeżyć m.in. jedne z nudniejszych play-offów jakie pamiętam (a oglądam regularnie od 1997 i mniej regularnie na telegazecie od 1993).

Pełen nostalgii i nawet lekkiej niechęci patrzę na to, jak z roku na rok zmienia się sport, który tak bardzo kocham. Jak sukcesywnie, krok po kroku, odchodzi od wszystkich wartości, które w nim tak ceniłem i zamienia się w coraz szybszą, efekciarską i nie-porywającą-dupy-z-siedzenia wersją najlepszego basketa na świecie. Coś jak oglądanie Dwóch i pół bez Charliego Sheena albo zamawianie do domu prostytutki, która zamiast loda zrobi ci zaległe prasowanie. Oglądasz finały, ale potem nawet nie chce ci się zadzwonić do najlepszego kumpla bo wiesz, że oboje nie będziecie mieli nic ciekawego do powiedzenia.

Nadchodzący draft jest dla mnie też wydarzeniem, które wywołuje we mnie totalnie mieszane uczucia. Co roku, z jednej strony czuję tę ekscytację, jak przed długo oczekiwanym koncertem, ale z drugiej budzi się we mnie trochę mój ojciec, który w każdej rozmowie musi nadmienić fakt, że „ten czas szybko leci”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w noc draftu od 6 lat budzę się w środku nocy, bez budzika i wiem, że co by się nie działo, muszę się zwlec z łóżka i obejrzeć to nudne wydarzenie. Jak losowanie grup do Ligi Mistrzów. Na cholerę mi oglądać dwóch gości bawiących się kulkami? A jednak, jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm, którego nie potrafię wytłumaczyć i od którego nie potrafię się uwolnić.

Czytając od prospektach, śledząc mocki i jarając się perspektywą super młodego teamu w Philly widzę kolejne twarze, które już nie wrócą na parkiet.

Fultz robi kozioł na workoucie – Pierce powoli ściąga buty.

Ball z kamienną twarzą rozdaje kolejną asystę na treningu Lakers, a w tym czasie Duncan patrzy jak rzucony przez niego kamień znudzonymi skokami przemierza spokojną jak zawsze taflę jeziora…

68-letnia dusza 34-letniego, zdziadziałego lenia, domaga się młodej krwi, która wniesie do gry nie tyle powiew świeżości, ale powrót do przeszłości. Czekam na oldschoolowych grajków, którzy niczym jumper z półdystansu Parkera będzie mnie przenosił w czasy lat 90tych, gdzie obrona zatrzymująca przeciwników na 70 punktach nie była niczym dziwnym. Gdzie Pistons dwa razy dostawali się do finałów NBA zatrzymując przeciwników poniżej 100 punktów w 15 z 17 meczach w playoffach. I mimo tego, że w czwartek i piątek pół dnia spędzę na twitterze, oglądaniu NBA TV i słuchaniu wszystkich możliwych podcastów, powoli zaczynam mieć dość ciągłego zawirowania i nieustannego pościgu za oglądalnością, sprzedawalnością i wszystkimi innymi –ościami, które niby będąc efektami naturalnej ewolucji, odsuwają basketa coraz bardziej spod kosza na obwód. I spychając go, niby na pierwszy rzut oka niezauważalnie, na dalszy plan mojej ( i pewnie nie tylko mojej) codziennej hierarchii ważności.

Smętny i nostalgiczny tekst o niczym spowodowany zagorzałą dyskusją z synem na temat niedawno obejrzanego filmu Auta 3. Dyskusją, która po dwóch minutach zakończyła się słowami: „Tak tato, wiem, wszystko przemija… Taaak… Tato rozumiem… Tatusiu wiem….Tato, wiesz co? Ta rozmowa też już przeminęła…”

Ot, taka szybka refleksja.

Chciałbym, żeby ten i kolejne nabory do NBA były katalizatorami zmian, które pewnie znając życie, nigdy nie nadejdą. Szybka i atletyczna koszykówka, bazująca na indywidualnych, ponadprzeciętnych umiejętnościach gwiazd, skupiających swoje talenty w konstelacjach superteamów, nie imploduje nagle, zasysając z ogromną siłą wszystkie te elementy, które tak bardzo działają na moje nerwy.

Mam nieodparte wrażenie, że amerykańska koszykówka zmierza w kierunku dyktowanym przez te gówniane czasy, w jakich żyjemy. Wynik nie jest w dużej mierze determinowany twoim podejściem i ciężką pracą, ale klikalnością i medialnym zasięgiem. Ludziom nie chce się teraz czytać długich, rzeczowych artykułów, słuchać merytorycznych, prawie dwugodzinnych podcastów, ba, sam nawet łapię się na tym, że w sezonie zasadniczym większość meczów oglądam w skróconej, 15-minutowej wersji na League Passie. Jest też to, że zamiast poświęcić godzinę na napisanie tekstu o Bucks, wolę przez godzinę z padem w ręku używać mocy i niszczyć rebeliantów, jednocześnie oglądając film na tablecie i scrollować durne zdjęcia na kretyńskim instagramie.

Koszykówka, będąca od zawsze przedsięwzięciem czysto biznesowym pędzi za trendami wyznaczanymi przez przedsiębiorców i inwestorów, nakręcając z sezonu na sezon spiralę zmian, do których wszyscy musimy się dostosować. Nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z faktem, że czasy dominujących pod koszami big menów już minął. Teraz idąc na orlik i grając z 16-19 latkami dostaję opierdol, że gram brutalnie i nieczysto łokciami pod koszem. Że jak się zastawię, to tak, że prędzej obaj wylądujemy na tartanie, niż pozwolę ci się wyminąć. I że opierdalam z góry na dół gościa, który za każdym razem jak dostaje piłkę, to rzuca cegłę z 10 metra.

Patrzę na mocki nadchodzącego draftu i szukam centrów z PRAWDZIWEGO zdarzenia. Szukam i szukam…

Sorry za przynudzanie. Dzięki za poświęcony czas.

Reklamy

Jakie jest pochodzenie takich słów jak „sneakers” czy „March Madness”?

Tydzień temu mogliście się zapoznać z pochodzeniem takich słów jak dunk, rebound, czy dribble. Dzisiaj zapraszam na ciąg dalszy, gdzie przybliżę ci etymologię kolejnych koszykarskich zwrotów.

dime – dlaczego na asystę mówi się czasem kolokwialnie dime? Najprawdopodobniej pochodzi to od wyrażenia utartego w latach sześćdziesiątych „to drop a dime”, które oznaczało przekazanie informacji, głównie na policję. Osoba „podrzucająca” informacje asystowała organom władzy w złapaniu przestępcy. Stąd dime to asystowanie w zdobyciu punktów.

sneakers – angielskie słowo określające trampki wszystko zawdzięcza gumowym podeszwom. W znaczeniu konkretnie określającym ten rodzaj obuwia, po raz pierwszy użyto tego słowa w 1917 roku, jednak już w 1887 roku Boston Journal użył sneakers do określenia „chłopców chodzących w butach do tenisa”. Ponownie, wszystko sprowadza się do gumowych podeszw, które były ciche na podłożu i pozwalały się „zakradać” (to sneak), w przeciwieństwie do skórzanych butów z twardą, drewnianą podeszwą. Co ciekawe, polska nazwa trampki pochodzi z lat trzydziestych i wzięła się od słowa „tramp” – wędrowiec, tułacz, włóczęga, ponieważ trampki zakładano często na piesze wędrówki.

Boom Shakalaka – znasz to doskonale z serii NBA JAM, a jeśli nie, to nie wiem, co tu jeszcze robisz. Niestety, nie zostało to wymyślone przez twórców najbardziej miodnej arkadowej koszykówki wszech czasów. Zrobił to w latach 60 funkowy zespół Sly and the Family Stone, w których piosence najpierw pojawia się Boom!, po którym słyszymy Shakalaka. Posłuchaj sam:

March Madness – marcowe szaleństwo w NCAA pojawiło się pierwszy raz w artykule NY Times w 1939 roku w kontekście: „„[a] little March madness may complement and contribute to sanity and help keep society on an even keel.” Mimo, że wtedy po raz pierwszy ten zwrot wypłynął na powierzchnię, nie był oficjalnie łączony z turniejem NCAA aż do 1985 roku, gdy ten rozrósł się do 64 drużyn. A potem lawina była nie do zatrzymania i do dziś jest to jeden z najpopularniejszych zwrotów związanych z koszykówką w USA.

Posterize – nie wiedziałem o tym, ale „robimy sobie z kimś plakat” dopiero od 1993 roku, oczywiście za sprawą Jordana. Zwrot ten pojawił się w Washington Times na określenie specjalnych umiejętności wykańczania akcji przez MJa.

From downtown – słyszałeś tysiące razy, jak odpalana z daleka trójka określana była from downtown. Wszystko przez Brenta Musburgera, który w latach 80 komentował finały dla CBS. „From way downtown!” – krzyczał do mikrofonu. Samo „going downtown” ma wiele definicji, jednak wszystkie z nich sprowadzają się do jednego – w downtown zawsze dzieje się akcja. Downtown to miejsce wśród wieżowców, gdzie miasto nigdy nie idzie spać, albo analogicznie, miejsce w trumnie pod samymi koszami, gdzie zdobywa się punkty. Trzymając się słownikowych definicji, nie rzucamy ” z downtown” ale wchodzimy „do downtown”, co miał opanowane do perfekcji Iverson. Penetrujesz tam, gdzie jest największy ruch. Wchodzisz między 215cm wieżowce, odbijasz się od zasłony i mimo wszystko oddajesz rzut w stronę kosza. Tu jest prawdziwy, koszykarski downtown. Dlaczego więc Musburger używał tego w przeciwnym znaczeniu? Domyślam się, że chodziło o skrót myślowy, jak na przykład w zdaniu:  „The shop is about a 30-minute drive from downtown” –  ” Sklep jest oddalony od centrum o około 30 minut jazdy samochodem”. Rzut za trzy z bardzo daleka jest również oddalony od centrum akcji o około, załóżmy, 10 metrów.

Czekam na więcej propozycji.

Jakie jest pochodzenie takich słów jak „rebound”, czy „dunk”?

Musisz znać i czytać „Mały słownik pojęć przydatnych”, bo bez tego nie będziesz w stanie zrozumieć połowy wpisów Maćka, u którego anglicyzmy są nieuniknione jak bank shoty Duncana, catch and shoot Allena, czy choke Nicka Andersona z Houston w 1995. Z resztą nie tylko u niego zapożyczenia są na porządku dziennym – nie da się uniknąć od wtrącania typowo koszykarskiego słownictwa w oryginale, z racji na wciąż biedny zasób polskich odpowiedników, o czym pisałem pięć lat temu. Ale czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie jest pochodzenie takich słów jak „rebound”, czy „dunk”?

high – five: słynna „piątka” oczywiście odnosi się do pięciu palców na dłoni. Co ciekawe, jego pierwsze regularne użycie w koszykówce zostało odnotowane na rok 1980 (jako rzeczownik), a rok później jako czasownik.  Znaczenie „high-five” jako powitania pojawiło się po raz pierwszy w 1968 roku przez Dicka Shawna w filmie Mela Brooksa The Producers.

rebound: pochodzi ze starofrancuskiego rebondir, gdzie przedrostek re- oznacza „ponowny”, a bondir znaczy „skakać”. Słowo zostało pierwszy raz użyte w 15 wieku. Pierwszym sportem, który zaczął go regularnie używać był, co ciekawe, tenis. W koszykówce pojawił się w 1914 lub 1920 (znalazłem wiele różnych źrodeł, jednak z tych dwóch dat, ta pierwsza jest częściej podawana).

pick: znany u nas jako „zasłona” pojawił się w koszykówce już w 1951 roku. Samo słowo pick pochodzi z połączenia staroangielskiego pician (nakłuwać) ze staronordyckim pikka (kłóć) i pojawiło się w języku angielskim około roku 1300.

layup (albo lay-up): pojawiło się w 1927 roku w znaczeniu „tymczasowo bez pracy”. W koszykówce zaczęto go używać od 1948 roku, bazując na podstawowym znaczeniu staroangielskiego słowa lecgan (kłaść na jakiejś powierzchni), które z kolei pochodzi z protogermańskiego lagjan. Nie zapominaj, że samo słowo lay w znaczeniu „uprawiać z kimś sex” działa w Stanach już od 1934 roku (niestety, nie doszukałem się informacji, jaką rolę w popularyzacji tego słowa miał Wilt Chamberlain).

laker: jako „Jeziorowiec” jest ogólnie znany, jednak dla tych, którzy zapomnieli, krótkie przypomnienie. Minneapolis Lakers zostali założeni w 1947 i dopóki nie zostali przeniesieni do Los Angeles na początku lat sześćdziesiątych, nazwa „Jeziorowcy” miała sens. Po przenosinach na zachodnie wybrzeże podjęto decyzję, żeby nie zmieniać nazwy i trzymać się historycznych korzeni drużyny.

dribble: w sporcie pojawiło się po raz pierwszy oczywiście w piłce nożnej, już w 1863 roku. Do koszykówki dotarło już w 1892 roku. Dribble pochodzi od słowa drip (upuścić coś), które zaczęto używać od połowy 15 wieku, a w slangowym znaczeniu „ogłupić kogoć”  od 1932 roku. Pochodzi z protogermańskiego drup.

tip-off: zagościł w koszykówce od 1924 roku. Pochodzi prawdopodobnie z germańskiego tippen (lekko dotknąć, szturchnąć). W sportach pojawił się najpierw w krykiecie już w 1816.

dunk: czyli mój ukochany „smecz”, albo podziwiana „wsadka”: NC+ – czekam na więcej!… pochodzi również z niemieckiego dunke (co znaczy „zanurzać”). W angielskim pojawił się w 1919 roku, a w koszykówce 1937 roku jako czasownik. Musieliśmy czekać ponad 30 lat, aż do 1971, żeby dunk był używany również jako rzeczownik (wcześniej figurował jako dunk shot).

press: pochodzi z mniej więcej 1300 roku ze starofrancuskiego presse (naciskać, otaczać, albo tłum). W koszykówce jako full-court press pojawiło się w 1959 roku.

shot: jako „rzut, strzał” pochodzi ze staroangielskiego scot, jednak wcześniej pojawiło się już w protogermańskim skutan. Użycie w różnych sportach mniej więcej się na siebie nałożyło i jako początkową datę podaje się rok 1868. Ciekawoska – shot jako na przykład shot wódki działa w USA od 1928 roku.

CIąg dalszy być może nigdy nie nastąpi…

[Recenzja] T. Grover – Relentless. Bądź nie do zatrzymania!

relentless

Zachęcony jesienną aurą i chwilą wolnego spokoju pod koniec września, wziąłem się w końcu za lekturę książek, które czekają na mnie od końca wakacji. Na pierwszy rzut poszła książka motywacyjna Tima Grovera, która z jednej strony miała mi posłużyć jako kolejna porcja historii NBA, a z drugiej, miała mi przypomnieć o tym, że nie ma czegoś takiego jak przerwa od pracy.

240 stron czyta się praktycznie jednym tchem (mi udało się w wstrzymać oddech na trzy dni), ale nie mogę powiedzieć, żeby była to porywająca lektura, do jakich przyzwyczaił mnie chociażby Phil Jackson. Pełno tu autoreklamy i przypomnień, że Grover jest najlepszym sportowym trenerem w historii. Odnosiłem wrażenie, że autor ma dziwną manię informowania czytelnika, że gdyby nie on, Jordan, Bryant i Wade nie byliby tymi samymi zawodnikami. Ciężko mi z tym dyskutować, jednak nie ukrywam, pewien niesmak pozostał – a może po prostu mam problem, żeby odróżnić pewność siebie od zarozumialstwa.

Pewno tu pustych (przynajmniej dla mnie) i płytkich, pseudo-motywujących frazesów jak na przykład:

„Jeśli chcesz być nieustępliwym musisz wymagać od siebie więcej, niż inni kiedykolwiek będą wymagać. Musisz wiedzieć, że zawsze jak osiągniesz cel – możesz zrobić jeszcze więcej. Musisz robić więcej.”

„[Będąc nieustępliwym] nie widzisz problemów, tylko sytuacje, które trzeba rozwiązać. A potem je rozwiązujesz, nie tracąc czasu na tłumaczenia.”

„Ci, którzy mówią, nie wiedzą. Ci, którzy wiedzą, nie mowią.”

Na szczęście jest tu wiele anegdot, które ratują tę pozycję i nie rzucają jej prosto na śmietnik. Grover ma wielką przewagę nad wieloma autorami książek inspirujących do ciężkiej pracy, ponieważ od samego początku pracował z najlepszymi. Jego kariera zaczęła się od pracy z Jordanem. Potem dochodziły inne gwiazdy. Stąd masa przykładów z życia wziętych:

„Jordan był jedynym zawodnikiem, jakiego znałem, który zawsze był nieustępliwy, zawsze miał „dzień konia”. Nawet w meczach, które zaczynał powoli, w końcu pokazywał swoje prawdziwe oblicze. Pamiętam jeden mecz w Vancouver, w sezonie 72 wygranych Byków, kiedy każdy z zawodników miał już dosyć długiej, listopadowej serii meczów na wyjeździe i był to jeden z tych meczów, kiedy Bulls dostawali ostre baty. Przed rozpoczęciem czwartej kwarty, Jordan miał tylko 10 punktów i obrońca Grizzlies Darrick Martin pozwolił sobie na trochę tash talku w kierunku Jordana. Zapomniał o tym, że nigdy, przenigdy nie możesz rzucić wyzwania Jordanowi i liczyć, że ujdzie ci to na sucho. Michael dosłownie zatrzymał się na parkiecie. Popatrzył na Darricka. I pokręcił głową. Jego mroczna część pomysłała: ‚Zabić skur*ela’. Natychmiast zaczął grać na najwyższych obrotach. Jaki byl tegorezultat? Nie do zatrzymania! MJ Zdobył 19 punktów w czwartej kwarcie i poprowadził Bulls do zwycięstwa. A Derrick Martin przesiedział większość kwarty na ławce.”

„Oglądaj prawdziwych liderów. Kiedy Kobe wchodzi na parket zachowuje się jak CEO na spotkaniu z udziałowcami. Poda dłoń kilku zawodnikom, przywita się z sędziami i rusza do akcji. Jordan zawsze unikał fizycznego kontaktu przed meczem: żadnych niedźwiedzich uścisków, czy podawania dłoni. Jedyne na co mogłeś liczyć to skromny żółwik, ewentualnie lekko przybita piątka. Ręce zawsze nisko, emocje zawsze opanowane. I główna zasada – zero kontaktu wzrokowego. Po zakończonej prezentacji chodził wokół kolegów, każdego uspokajał, prawie jak ojciec chroniący swoje dzieci. Nie martwcie się. Osłaniam was.”

„Jordan był mistrzem unikania niepotrzebnego myślenia. Przed każdym meczem, kiedy trenerzy podawali plan meczu i mówili, czego można się spodziewać po przeciwnikach, Michael brał swoją kopię i wychodził do innego pokoju. Za każdym razem. Nie chciał słuchać tego, co wszyscy mają robić na parkiecie – on to już wiedział. (…) Jeśli było co, co miał zrobić, na pewno zdawał sobie z tego sprawę jeszcze przed tobą. Był mistrzem gry do tego stopnia, że nigdy nie przejmował się tym, co go czeka. Był gotowy na wszystko.”

„[Jak chcesz być nieustępliwym nie możesz się tłumaczyć ze swoich czynów] Tak jak mój przyjaciel Charles Barkley, kiedy wyrzucił jakiegoś debila przez okno klubu nocnego po tym, jak został rzucony lodem. Nie rzucasz lodami w Charlesa Barkley’a licząc na to, że nic ci się nie stanie. W zasadzie to czymkolwiek byś rzucił w niego i tak czeka cię sroga kara. Kiedy sąd uznał Barkley’a niewinnym zapytał się go, czego go ta sytuacja nauczyła, Charles odpowiedział: ‚Nie powinienem go wyrzucać z pierwszego piętra. Powinienem go zabrać na trzecie piętro i stamtąd skończyć robotę.”

Kiedy Dwight i Nash dołączyli do Bryanta, wszyscy dziennikarze zaczęli się martwić o chemię w zespole. Czy Kobe pozwoli komuś z nich stać się nowym liderem drużyny? Bryant szybko odciął wszelkie spekulacje mówiąc: ‚nie chcę się zastanawiać nad tym, jak się podzielimy rolami. To mój zespół.”

„Dwight Howard opowiada historię o telefonie do Kobego przed swoim debiutem w LA w 2012. Zadzwonił do niego, żeby mu powiedzieć, że jest w 85% zdrowy po kontuzji pleców i usłyszał: ‚To dobrze. Potrzebuję Cię sprawnego w 100%. Chce zdobyć pierścień. Nara.'”

„Nie ma znaczenia wielkość talentu Lebrona. Bez przywódzctwa Wade’a, wielka trójka byłaby w 2012 tylko kolejnym napakowanym gwiazdami zespołem bez mistrzostwa.”

Każdy wiedział, że wszyscy wezmą Hakeema z numerem pierwszym. Nikt, nawet w Portland, nie widział, czy TrailBlazers wezmą z dwójką Jordana czy Bowiego.
„Weź Jordana.” – powiedział Knight.
„Ale potrzebujemy centra.” – odpowiadali PTB.
„Grajcie nim na centrze.” – kończył Knight.”

Zapytaj Bryanta, co robi w każdy meczu.
„Rozdaję liczby.”
Liczby?
„Tak. Daję im 81. Daję im triple-double. Tamtym dałem 61.”
Ludzie uwielbiają mówić, że Kobe to samolub i nie podaje. Ale jego pracą jest rzucanie punktów i rozdawanie liczb. I to robi najlepiej.

Po każdym meczu zadawałem Jordanowi jedno pytanie: „Piąta? Szósta? Czy siódma?” Musiałem wiedzieć, o której godzinie będzie chciał zacząć poranny trening.

Ogólnie nie mogę powiedzieć, żeby to była zła książka. Spędziłem nad nią miłe trzy dni i czasami ciężko było ją odłożyć, żeby iść do pracy. Nie wyniosłem z niej jednak niczego, poza kilkoma (powyższe plus jeszcze jakieś dwadzieścia) ciekawostkami z życia Jordana, czy Kobego. Jeśli szukasz książki motywującej do ciężkiej pracy, wzmożonych treningów – to się rozczarujesz. Nie ma tu żadnych praktycznych porad, jest tylko w kółko wałkowanie jednego – musisz być nieustępliwy.

Nie możesz się poddawać.

Masz zawsze dążyć do tego, żeby być lepszym.

Jak osiągniesz swój cel, nie ciesz się, tyko wyznacz kolejny i pracuj jeszcze ciężej.

Nie ma nagród.

Nie ma gratyfikacji.

Nie ma opied*a się!

Dlaczego zawodników, którzy żądają MNIEJSZYCH wypłat opętał diabeł? @michal_ko

nbamoney

Zanim zacznę odnosić się do kilku ciekawych tematów, które wczoraj nie dały mi spać, muszę napisać, że nie boję się komentarzy pod tytulem: „jesteś hipokrytą”. Owszem, mam swoje wartości i zasady związane z pieniędzmi, których sztywno trzymam się całe dorosłe życie. Jednak, pomimo tego, co przeczytacie, wątpię, żebym sam kiedyś zdecydował się na mniejsze wynagrodzenie, niż ktoś by mi oferował. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do zawodników NBA którzy decydują się na ten krok, ja kasy nie mam.

W świetle wszechobecnego przepłacania zawodników, odwrócony trend „obniżek” jest dla mnie odświeżeniem nieczystego powietrza, które się nagromadziło od czasów 33 baniek rocznie Jordana czy gargantuicznego kontraktu Garnetta niedługo potem. Michale, mam do Ciebie zasadnicze pytanie – w czym przeszkadza Ci to, że zawodnik X (nazwijmy go umownie Dirk) będzie zarabiał 8 milionów rocznie, będąc jednocześnie franchise playerem i opcją numer jeden w drużynie na następny sezon, a w tym samym czasie zawodnik Y (załóżmy, że jakiś tam Chandler) dostanie dwa razy więcej, będąc jednocześnie co najwyżej trzecią opcją w drużynie?

Dlaczego zawodnik, który spędził całą karierę w jednym klubie nie może zażądać obniżki wynagrodzenia dla dobra klubu, skoro i tak już się sowicie dorobił w swoim życiu? W między czasie piszesz o wycofaniu się z koncepcji salary cap, która jakby nie patrzeć uratowała NBA od pewnej przepaści (w którą w błyskawicznym tempie zmierza piłka nożna)? Czy jest jakakolwiek alternatywa na obliczanie systemu płac?

Tak jak Ci pisałem na twitterze, jestem za tym, żeby zawodnicy starsi, wolniejsi i powiedzmy brzydko, w trendzie silnie spadkowym zarabiali mniej i mniej kasy. Pomijam póki co aspekt zasług dla klubu (które są większe, niż jakiekolwiek pieniądze. Wie o tym każdy, kto grał w Championship Managera i nie relegował do rezerw 40-letniego Giggsa za piłkarski PER na poziomie Sebastiana Mili, tylko trzymał go dalej na ławce i nabijał liczbę występów wstawiając go do meczu w 89 minucie meczu…)

 

Nie ulega wątpiwości, że żyjemy w czasach, gdzie pieniądze są jedynym wyznacznikiem naszych wyników i zasług dla pracodawcy. Nie mniej jakikolwiek przebłysk „normalności”, tj. zdania sobie sprawy, że zgoda na wielki kontrakt w przypadku zawodnika +35lat jest nonsensem, odbieram jako coś, co dodatkowo zwiększa liczbę czapek, które ściągnę z głowy po zakończeniu kariery przez Dirka. Powtórzę to jeszcze raz: zarówno Parsons jak i Peković, Michael Redd, John Salmons i inni nie załużyli na swoje wysokie kontrakty, tak samo bleknące gwiazdy (z top25 ligi czy nie) nie powinny dostawać takich pieniędzy, jakie Kupchak daje Bryantowi chociażby. I z dwóch chorych sytuacji, zdecydowanie wolę tą drugą.

Rozumiem Twoje zatroskanie stanem finansowym ligi, też martwię się tym, co stanie się z salary po podpisaniu nowej umowy telewizyjnej i wynegocjowania nowego CBA. Boję bardzo, że pompując sztucznie zarobki i dążąc do ciągłych podwyżek (co się tyczy każdej dziedziny życia, nie tylko NBA), prędzej czy później trafimy w punkt, że wszystko przysłowiowy ch** strzeli.

Gdybym był koszykarzem, który spędził całą karierę w Bucks i w tym czasie dorobił się kilkunastu milionów, nie wiem, jak bym się zachował u schyłku mojej kariery.Wątpię jednak, żebym zrobił to, co Dirk i zgodził się na zmniejszenie swojego wynagrodzenia, bo w dużej mierze się z Tobą zgadzam. Nie wiem tylko dlaczego doszukujesz się czegoś złego w sytuacji, kiedy zawodnik sam wychodzi z inicjatywą zmniejszenia wynagrodzenia w celu uszczuplenia salary. Nie boję się, że stanie się to nowym trendem, który doprowadzi do budowania super-drużyn, bo prędzej czy później znajdzie się taki Kobe, który zacznie Ci szeptać romantyczne italianizmy do ucha, że zasługujesz na więcej, że powinieneś chcieć więcej i jak coś to weź im powiedz, że w razie czego możesz nawet grać na Marsie, pod warunkiem, że dostaniesz w pełni zasłużoną 100% podwyżkę, plus oczywiście dodatkowa gratyfikacja byłaby mile widziana, szefie. 

Ja się cieszę, autentycznie cieszę z tego, że Wade jest wierny swoim barwom. Że Dirk i Tim zostali w Teksasie na dobre. Nieco to romantyczne (i żałosne jednocześnie), ale w moim zniszczonym przez wieczny popęd za konsupcjonizmem umyśle nawet jednorazowe przejawy wartości większych niż moc $$$ jest czymś, co zasługuje na dodatkowe uznanie, a nie na pretekst, do szukania dziury w całym. (Dodatkowo, jeśli mój wieloletni pracownik przychodzi do mnie z tekstem: „szefie, widzę, że jest kiepsko, spędziłem tu całe życie, zawdzięczam ci więcej, niż to sobie możesz wyobrazić, teraz czas, żebym ci się odpłacił. Nie chce podwyżki, wiem, że na nią zasługuję. Dalej jestem twoją opcją numer jeden w drużynie i właśnie dlatego, że jest to moja drużyna, chcę wziąć za nią odpowiedzialność. To moje ostatnie lata w lidze i nie chcę ich spędzić wracając na przedwczesne wakacje bez playoffów. Daj mi osiem baniek. Ja nie zbiednieję, a ty może dokupisz jeszcze jakieś drewno pod kosz, żeby powalczyć w pierwszej rundzie z Rockets. Co ty na to?” to nie będę patrzył na niego jak na wariata, tylko uścisnę jego dłoń i dodatkowo zapytam, co robi w piątek wieczorem, bo moja córka robi 18 w klubie go-go.)

Obawiam się, że jest to jedna z niekończących się dyskusji, coś jak rozmowa o religii czy polityce, kiedy dwie strony mają odmienne zdanie i jedna próbuje przekonać drugą do swoich wartości. Zgadzam się z Tobą w wielu miejscach, nie potrafię jednak doszukać się tego newralgicznego punktu, który powoduje, że mamy jednak odmienne zdanie na temat wynagrodzeń dla seniorów.

Mam w domu zamrażarkę, Ty masz w sklepie wódkę. Zróbmy z nich dobry użytek. 😉

 

Harcin Marasimowicz wróży śmierć NBA!

nuclear blast

Spotkałem kiedyś LeBrona, w czasach jak jeszcze pisałem dla Miami Herald. Gorące biuro na czwartym piętrze charakterystycznego biurowca z fasadą piaskowca było moim domem w czasie, gdy w pogoni za marzeniami pracowałem po 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Wyjechałem do Stanów wiedząc, że mój amerykański sen spełni się od nie od razu, ale jednocześnie nigdy nie spuszczałem z oczu mojego celu. Celem tym było spenetrowanie ligi od środka, dotarcie do samego źródła wąskiej grupy zawodników, którzy manipulują głosowaniem w wyborach na NBAPA, którzy potajemnie układają kolejność piłek na wyborach w drafcie, którzy trzymają w rękach nawet managerów swoich klubów. Dopóki władzę dzierży obecna grupa zawodników, dopóty NBA nie będzie niczym innym jak tylko skorumpowaną bandą złodziei, bandytów i przestępców, którzy grają dla pieniędzy, sędziują dla pieniędzy i kupują drużyny po to, żeby, – O ZGROZO – zarabiać pieniądze.

Wszystko się skończy za dwa lata z takim pierdolnięciem, o jakim jeszcze nikt z was nie słyszał.

Nazywam się Harcin Marasimowicz, a mój zawód, to sportowy dziennikarz śledczy.

Nie ma nic gorszego, niż wiara, że to, co kochasz, jest czyste i uczciwe. To, że kocham ten sport od 7 roku życia wcale nie znaczy, że liczę na jego transparentność. Wręcz przeciwnie – jestem przekonany, że ligą rządzi podziemny krąg odpowiedzialny za wymyślanie przewrotnych scenariuszy. Rozmowa z moim źródłem (którego tożsamości podać nie mogę dla jego bezpieczeństwa, ale które jest bezpośrednio związane z żoną matki zawodnika, który kiedyś miał znajomego, który oglądał podobno mecze z udziałem Lebrona na telewizorze sąsiada) utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu.

Mówiłeś niedawno, że liga chce OKC i duelu James-Durant w finałach? Myliłeś się.

Myślałeś, że to sędziowie wydrukowali mecz? Byłeś w błędzie.

Wszystkiemu winien jest Lebron James – król, który w Miami miał zdobyć wszystkie pierścienie, żeby władać pozostałymi niziołkami z zielonych dolin karłowatości. Nie udało mu się, ale mimo to jest głównym dowodzącym NBA, przy którym Silver jest tak nieistotny, że równie dobrze mógłby prowadzić losowanie draftu z tableta jak prof. Gliński.

Moje źródła podają, że Lebron już przychodząc do NBA miał rozpisany w głowie scenariusz, który teraz nam się tworzy przed oczami. Wiem od ludzi bezpośrednio związanych z ligą, że zawodnicy już przy podpisywaniu umowy debiutanckiej wiedzą dokładnie, kiedy się wyoptować, kiedy testować FA, a kiedy podpisywać wieloletnie umowy. Wszystko po to, żeby ich umowy życia przypadały w momencie największego prosperity ligi. Dlatego James wiedział doskonale, żeby decydując się na powrót do domu podpisać dwuletnią umowę (z możliwością wyoptowania się po roku), akurat wtedy, kiedy na 2016 przypada MASYWNY wysyp zawodników na FA (Durant, Howard, Noah, może nawet Bryant jak dożyje). Dodatkowo, po przyszłym sezonie wygasa 8-letnia umowa telewizyjna z NBA oraz, rok później, niedawno podpisane CBA. Opcji jest wiele, ale ta najbardziej prawdopodobna pozwoli pewnie podpisać kosmiczną umowę za sprzedaż praw TV (kiedy w 2007 podpisywaną obecnie obowiązującą umowę była 20% wyższa niż poprzednia), a ta z kolei pociągnie za sobą wzrost salary cap. 10%? 15%? Może nawet w okolicach 20%.

Dla Lebrona to świetna opcja. Mimo, że mówi o obiecuje zostanie w Cavs do końca kariery, nie można tego brać za pewnik. Pokusa stworzenia super drużyny z Durantem (bo z Bryantem i tak nikt nie chce grać, plus w 2016 będzia miał 39 lat i jedynie Knicks będa w stanie dać mu kontrakt większy niż 15 milionów na 6 lat…) może być zbyt wielka, a aktywna potrzebne do ściągnięca KD do Cleveland zbyt małe.

Co wtedy zrobi James?

Czy uważasz, że dalej będzie ze szklącymi oczami przekonywać opinię publiczną o jego bolącym sercu, co noc wykrzykującym krwawe passusy w kierunku rozpaczającego domu w Akron?

Czy sądzisz, że skaże się na koszykarski czyściec bez możliwości zdobycia mistrzostwa tylko po to, aby codziennie rano słyszeć śpiew sąsiada zza okna „Morning’s heree!”

Jest wiele pytań, których nawet boję się zadać, ale które na pewno padną w mojej następnego książce, do której zakupu gorąco zapraszam.

James gra w Cavs. Uwierz w spisek. I nie czytaj komentarza Wade’a na temat decyzji Lebrona. Jeszcze pomoże ci ją zrozumieć i uszanować.

NBA umiera. Pozostały jej dwa lata życia. Deal with it, jak to mówią moi koledzy dziennikarze z Miami.

Z koszykarskimi pozdrowieniami zza oceanu pisał,
Harcin Marasimowicz.

LeBron jedną nogą w Cavs?

Zawsze zastanawiałem się nad tym, jak to jest być fanem koszykówki, oglądać NBA, ale nie mieć swojego ulubionego klubu i zamiast tego kibicować tylko konkretnemu zawodnikowi. Parę razy spotkałem się z tym podejściem rozmawiając ze znajomymi i nie mogłem się nadziwić, jak coś takiego działa w praktyce. Pomińmy fakt, jak absurdalne byłoby w takim momencie śledzenie kariery Mo Williamsa chociażby i zamiast tego połączmy się w martyrologii z tymi, którzy z sezonu na sezon stali się oddanymi, wiernymi i największymi kibicami Heat. Tymi, dla których nie istniał Haslem i dla których to nie Wade był twarzą drużyny, a James. Bo to, co się teraz dzieje z kolejną „The Decision” Jamesa na pewno musi was zżerać od środka.

Jakkolwiek nie byłbym podekscytowany oglądając Jamesa, Wigginsa i Irvinga w jednym zespole, tak świadomość kolejnego medialnego szumu wokół LeBrona powoli zaczyna mi wychodzić uszami. Decyzja o ewentualnym przenosinach talentów na pewno została już podjęta, teraz pozostają nam trzy dni eskalowania napięcia przez dziennikarzy, blogerów (robię hop! hop! na bandwagon) i znajomych gwałcących moje uszy przez telefon parę razy dziennie. Wojnarowski i jego źródła dodatkowo nie pomagają, bo przyzwyczajony jestem do tego, że co Adrian napisze, za parę dni zamieni się w żółty pasek na tvn24. A wg tego, co Adrian pisze, James jest w tej chwili bliżej powrótu do Cavs.

Dlaczego nie byłby to dla mnie wymarzony powrót? Bo po prostu nie widzę Jamesa wracającego do punktu wyjścia i grającego z uśmiechem dla Gilberta. Po tym, jak skończyła się ich współpraca, kolejne wejście w tą samą rzekę byłoby dla mnie objawem wielkiej hipokryzji Jamesa, który nota bene ustawiając kolejny deadline trzech dni na spotkanie z Heat i ogłoszenie decyzji, po raz kolejny udowadnia, że medialnie trzyma tę ligę w garści i dyktuje warunki (James, nie Gilbert). W świetle Bosha odchodzącego do Rockets, Wade’a liczącego na przeszczep kolan i Allena kończącego karierę, Heat nie są w tej chwili atrakcyjnym miejscem dla Jamesa. Tylko dlaczego znowu muszą być szopki, dramaty i przeciągające się dniami (tygodniami – Melo, miesiącami – Love) negocjacje, spekulacje i castingi drużyn?

Tak na marginesie, po jaką cholerę Melo jeździł po Chicago i Lakers, żeby oglądać drużyny? Organizowanie castingu, żeby zawodnik mógł na własne oczy przekonać się, jak bardzo chcemy go ściągnąć do siebie? Do jasnej ciasnej, przecież on dostanie swoje 19+ milionów za rok grania w naszyh koszulkach, jak mu się to nie podoba, to niech, z przeproszeniem, idzie tyć w inne miejsce, a my znajdziemy kogoś w jego miejsce, jak nie teraz, to w niedalekiej przyszłości. 

* tu miały być jeszcze dwa akapity odnośnie Jamesa w Cavs, ale niepodziewanie (chyba z nadmiaru emocji) obudził się daveknot jr. *

Kolejny news, po którym moje emocje eskalowały zbyt szybko. Ale z roku na rok, co wakacje, FA transformuje się z mojego ulubionego momentu w sezonie w wielkie znaki zapytania, które zamiast zmuszać do błyskawicznego szukania odpowiedzi, zamieniają się w kolejne pytania. Steve Novak przechodzi do Utah – jeden news z podaniem faktów. Twitter milczy, zero emocji. Znowu dochodzi do tego, że żeby nachwilę zapomnieć o zawirowaniach związanych z podpisywaniem nowych umów najlepiej jest przestać marudzić (obiecuję) i zablokować na jakiś czas dostęp do twittera. Sprawdzanie ruchów transferowych raz dziennie (zamiast live) jest chyba dla mnie jedyną receptą na to, żeby nie wstawać z samego rana, widzieć w każdym serwisie twarz Jamesa z tytułem: „LeBron jedną noga w Cavs?” Sam się sobą brzydzę.