Archiwa kategorii: Felietony

Felietony, co tygodniowe podsumowania itd.

Idzie draft – są smęty i nudne wywody.

Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że minęło pół roku od ostatniego wpisu. Pół roku, w czasie którego dziesiątki innych obowiązków spychało na dalszy plan tak lubiane przeze mnie ciche wieczory na tarasie, z laptopem na stole i piwem szumiącym w głowie. W pół roku zdążyliśmy przeżyć m.in. jedne z nudniejszych play-offów jakie pamiętam (a oglądam regularnie od 1997 i mniej regularnie na telegazecie od 1993).

Pełen nostalgii i nawet lekkiej niechęci patrzę na to, jak z roku na rok zmienia się sport, który tak bardzo kocham. Jak sukcesywnie, krok po kroku, odchodzi od wszystkich wartości, które w nim tak ceniłem i zamienia się w coraz szybszą, efekciarską i nie-porywającą-dupy-z-siedzenia wersją najlepszego basketa na świecie. Coś jak oglądanie Dwóch i pół bez Charliego Sheena albo zamawianie do domu prostytutki, która zamiast loda zrobi ci zaległe prasowanie. Oglądasz finały, ale potem nawet nie chce ci się zadzwonić do najlepszego kumpla bo wiesz, że oboje nie będziecie mieli nic ciekawego do powiedzenia.

Nadchodzący draft jest dla mnie też wydarzeniem, które wywołuje we mnie totalnie mieszane uczucia. Co roku, z jednej strony czuję tę ekscytację, jak przed długo oczekiwanym koncertem, ale z drugiej budzi się we mnie trochę mój ojciec, który w każdej rozmowie musi nadmienić fakt, że „ten czas szybko leci”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w noc draftu od 6 lat budzę się w środku nocy, bez budzika i wiem, że co by się nie działo, muszę się zwlec z łóżka i obejrzeć to nudne wydarzenie. Jak losowanie grup do Ligi Mistrzów. Na cholerę mi oglądać dwóch gości bawiących się kulkami? A jednak, jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm, którego nie potrafię wytłumaczyć i od którego nie potrafię się uwolnić.

Czytając od prospektach, śledząc mocki i jarając się perspektywą super młodego teamu w Philly widzę kolejne twarze, które już nie wrócą na parkiet.

Fultz robi kozioł na workoucie – Pierce powoli ściąga buty.

Ball z kamienną twarzą rozdaje kolejną asystę na treningu Lakers, a w tym czasie Duncan patrzy jak rzucony przez niego kamień znudzonymi skokami przemierza spokojną jak zawsze taflę jeziora…

68-letnia dusza 34-letniego, zdziadziałego lenia, domaga się młodej krwi, która wniesie do gry nie tyle powiew świeżości, ale powrót do przeszłości. Czekam na oldschoolowych grajków, którzy niczym jumper z półdystansu Parkera będzie mnie przenosił w czasy lat 90tych, gdzie obrona zatrzymująca przeciwników na 70 punktach nie była niczym dziwnym. Gdzie Pistons dwa razy dostawali się do finałów NBA zatrzymując przeciwników poniżej 100 punktów w 15 z 17 meczach w playoffach. I mimo tego, że w czwartek i piątek pół dnia spędzę na twitterze, oglądaniu NBA TV i słuchaniu wszystkich możliwych podcastów, powoli zaczynam mieć dość ciągłego zawirowania i nieustannego pościgu za oglądalnością, sprzedawalnością i wszystkimi innymi –ościami, które niby będąc efektami naturalnej ewolucji, odsuwają basketa coraz bardziej spod kosza na obwód. I spychając go, niby na pierwszy rzut oka niezauważalnie, na dalszy plan mojej ( i pewnie nie tylko mojej) codziennej hierarchii ważności.

Smętny i nostalgiczny tekst o niczym spowodowany zagorzałą dyskusją z synem na temat niedawno obejrzanego filmu Auta 3. Dyskusją, która po dwóch minutach zakończyła się słowami: „Tak tato, wiem, wszystko przemija… Taaak… Tato rozumiem… Tatusiu wiem….Tato, wiesz co? Ta rozmowa też już przeminęła…”

Ot, taka szybka refleksja.

Chciałbym, żeby ten i kolejne nabory do NBA były katalizatorami zmian, które pewnie znając życie, nigdy nie nadejdą. Szybka i atletyczna koszykówka, bazująca na indywidualnych, ponadprzeciętnych umiejętnościach gwiazd, skupiających swoje talenty w konstelacjach superteamów, nie imploduje nagle, zasysając z ogromną siłą wszystkie te elementy, które tak bardzo działają na moje nerwy.

Mam nieodparte wrażenie, że amerykańska koszykówka zmierza w kierunku dyktowanym przez te gówniane czasy, w jakich żyjemy. Wynik nie jest w dużej mierze determinowany twoim podejściem i ciężką pracą, ale klikalnością i medialnym zasięgiem. Ludziom nie chce się teraz czytać długich, rzeczowych artykułów, słuchać merytorycznych, prawie dwugodzinnych podcastów, ba, sam nawet łapię się na tym, że w sezonie zasadniczym większość meczów oglądam w skróconej, 15-minutowej wersji na League Passie. Jest też to, że zamiast poświęcić godzinę na napisanie tekstu o Bucks, wolę przez godzinę z padem w ręku używać mocy i niszczyć rebeliantów, jednocześnie oglądając film na tablecie i scrollować durne zdjęcia na kretyńskim instagramie.

Koszykówka, będąca od zawsze przedsięwzięciem czysto biznesowym pędzi za trendami wyznaczanymi przez przedsiębiorców i inwestorów, nakręcając z sezonu na sezon spiralę zmian, do których wszyscy musimy się dostosować. Nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z faktem, że czasy dominujących pod koszami big menów już minął. Teraz idąc na orlik i grając z 16-19 latkami dostaję opierdol, że gram brutalnie i nieczysto łokciami pod koszem. Że jak się zastawię, to tak, że prędzej obaj wylądujemy na tartanie, niż pozwolę ci się wyminąć. I że opierdalam z góry na dół gościa, który za każdym razem jak dostaje piłkę, to rzuca cegłę z 10 metra.

Patrzę na mocki nadchodzącego draftu i szukam centrów z PRAWDZIWEGO zdarzenia. Szukam i szukam…

Sorry za przynudzanie. Dzięki za poświęcony czas.

Reklamy

RETRO: O czym kibic Bucks musi pamiętać w 2014 roku?

Kolejny mecz dopiero dzisiaj w nocy (1:30 na wyjeździe z Nets), a mnie z rana wzięło na wspomnienia. Szukając na stronie czegoś kompletnie nie związanego z Bucks, trafiłem na wpis z 2013 roku, w którym zastanawiałem się, czego mniej więcej spodziewać się po Bucks w 2014 roku. Krótki tekst, dlatego polecam lekturę do porannej kawy w pracy.

1. Bucks są obecnie na etapie budowania wsparcia zarówno finansowego jak i politycznego koniecznego do postawienia nowoczesnej hali w Milwaukee. Niestety, obecny rząd nie ma zamiaru dawać ani dolara z publicznych pieniędzy na drużynę, która od lat nie ma żadnych sukcesów. Trochę statystyk, żeby to potwierdzić znajdziecie poniżej.

2. Licząc od roku 1991, Bucks mają siódmy najgorszy stosunek zwycięstw w sezonie zasadniczym.

3. Jeszcze inne statystyki pokazują, że licząc od roku 1991 jesteśmy w końcowej piątce jeśli chodzi najgorsze kluby NBA. Od 1991 mieliśmy tylko jeden sezon z ponad 50 wygranymi (2001) i tylko jeden, w którym awansowaliśmy poza pierwszą rundę playoffów (2001). Auć.

4. Kiepawi Bucks mieli tylko jednego all-stara w ostatniej dekadzie (Michael Redd w 2004). W pozostałych weekendach gwiazd nie mamy żadnego uczestnika, nawet w meczach debiutantów/drugoroczniaków, czy w konkursie trójek. Tylko Desmond Mason w konkursie wsadów uratował nieco honor.

5. Brak sukcesów, związany z brakiem porywających zawodników  spowodował drastyczny spadek liczby kibiców BMO Bradley Center. Kiedy w sezonie 2001/02 doszliśmy do finałów konferencji, średnio na mecze przychodziło 18178 osób. W ostatnich sezonach zajmujemy ostatnie miejsca w lidze ze średnią widzów oscylującą w granicach 15000. Nawet mecze z udziałem Kobego czy Lebrona nie gwarantują kompletu publiczności.

6. Obecna fatalna pozycja Bucks wcale nie zależy od tego, że Milwaukee to wieś i small market, ale od kiepskiego zarządu (o czym niedługo nieco więcej). Podobnie w Milwaukee wyglądała sytuacja z Packers i Brewers, którzy przez okres około 20 lat nic nie znaczyli w MLB i NFL, a po zmianie zarządu stali się jednymi z mocniejszych drużyn w swoich ligach.

7. Przez ostatnie dziesięć, może nawet dwadzieścia lat, w Bucks zatrudniany jest bardzo mało kreatywny zarząd, który podejmuje strasznie krótkoterminowe i chaotyczne decyzje kadrowe. Chorą sytuacją jest to, że decyzje o zatrudnieniu zawodników podejmuje GM i jego ludzie, trener z asystentem, potem ich decyzje są wetowane lub zatwierdzane przez właściciela Kohla, któremu zależy na tym, żeby drużyna zawsze walczyła o playoffy (nawet w tym sezonie takie są jego oficjalne oświadczenia).

8. Bucks istnieją tylko i wyłącznie na łasce Kohla, który w niedalekiej przyszłości będzie musiał (jeśli nie chce upadku Kozłów w Milwaukee) poświęcić bagatela 200-250 milionów ewentualnego zysku ze sprzedaży klubu na budowę nowej hali. Jeśli tego nie zrobi, trzeba będzie liczyć na wsparcie lokalnego rządu i mieszkańców, na budowę hali z budżetu miasta.

9. Z drugiej strony, ani mieszkańcy, ani tym bardziej politycy, nie zgodzą się na wydanie lekką ręką publicznej kasy, jeśli nie będzie nadziei na poprawę sytuacji w klubie i lepsze wyniki. Z tym będzie cholernie ciężko, bo Bucks niechętnie się przebudowują. Jest nadzieja, że po tym sezonie uda nam się wylosować TOP5 pick w drafcie zamiast ściągania na kolejne lata przepłaconych weteranów, którzy nie mają nic wspólnego z budowaniem wieloletnich sukcesów.

10. W czasie, gdy odnosiliśmy największe sukcesy, bazowaliśmy głównie na zawodnikach wybranych w pierwszej piątce draftu. Kareem Abdul-Jabbar, Marques Johnson, Sidney Moncrief, Glenn Robinson, Ray Allen czy Andrew Bogut. Bucks NIGDY nie mieli +50 sezonu albo wygranej serii w playoffach bez zawodnika wybranego w czołówce draftu. .

11. W poprzednich dwudziestu latach ponad 70% zawodników, którzy zagrali co najmniej dwa razy w meczu gwiazd zostali wybrani w pierwszej piątce draftu. To tak na marginesie. Przed draftem 2014 jest szansa na wylosowanie którejś z potencjalnych gwiazd, jak Wiggins, Parker czy Randle (tak, Randle, zapraszamy).

12. Jeśli Bucks zdecydują się oficjalnie na przebudowę, mają kilku weteranów do oddania, którzy mogą być ciekawi dla zespołów walczących w playoffach. Ersan Ilyasova, Zaza Pachulia, Caron Butler, Gary Neal czy Luke Ridnour nie będą stanowili o najbliższej przyszłości Bucks i spokojnie można ich oddać za jakieś picki w przyszłym drafcie i spadające kontrakty.

13. Nie mówmy, że oddawanie weteranów to tankowanie. To po prostu dawanie więcej minut dla młodych i utalentowanych Kozłów jak John Henson, Larry Sanders, Giannis Antetokounmpo, Brandon Knight, Nate Wolters i Kris Middleton. Dodatkowym plusem takiej strategii może być ewentualnie wyższy pick w przyszłorocznym drafcie.

Org. artykuł z 30.12.2013 znajdziesz tutaj.

Szukam formy Bucks. Pomożesz?

Jeśli śledzicie ostatnie mecze Bucks, zauważyliście pewnie moje narastające narzekanie. Pisałem o braku agresywności Giannisa , o najgorszym meczu w sezonie Parkera i mimo ostatniej wygranej w Phoenix, nastroje dalej nie są zbyt dobre. Chociaż szybki powrót do gry Middletona na pewno dodaje nieco optymizmu. Co się stało, że się zesrało? Przyjrzyjmy się razem, na spokojnie naszym występom w grudniu i styczniu. W tle leci właśnie relaksujący, skandynawski black metal, który budzi komórki mózgowe do myślenia o tej jakby już nie było, zamulającej porze dnia. Siadaj zatem, pokal do ręki i jedziemy.

Grudzień 2016 – euforia i niedowierzanie

Wygrywany 8 z 16 spotkań (.500), pokonując przeciwników średnio 18 punktami, a przegrywamy przeciętnie różnicą niespełna 9 oczek. Mieliśmy trudny grafik, przegraliśmy m.in. ze Spurs i Cavs (ale do tego dodaliśmy wstydliwe porażki z Raptors 22 punktami i Wolves – siedemnastoma). W czasie naszej dobrej gry udawało nam się utrzymać ofensive rating na poziomie 107, zajmowaliśmy wtedy 8 miejsce w lidze w NetRtg (3,3) i 9. w defensywie (103,9).

Styczeń 2017 – padaka i powrót do przeciętności

  • DefReb spadł na ostatnie miejsce w lidze (73,1 – Sanders, wróć. Chociaż, nie. Czekaj…)
  • Turnover ratio – 15% – 28 miejsce w lidze (spadek z 15 miejsca w około miesiąc!)

Można by szukać jeszcze kilku statystyk, ale po co. Oglądając mecze w oczy rzuca się przede wszystkim:

  • fatalna obrona, która gubi się częściej niż Kevin McCallister,
  • Giannis, który zatracił nieco swojej magii i momentami zaczął przypominać normalnego człowieka,
  • straty, głupie straty, które rozkładają nasz atak na łopatki w pierwszych 10-15 sekundach akcji.

Obejrzyjcie mecz z Utah, a zobaczycie, co mam na myśli pisząc o fatalnej obronie. Jazzmani rozgryźli nas perfekcyjnie, nastawiając się na trójki z narożników, których po prostu nie umiemy kryć. To pewnie jedna z tych rzeczy, jakie miał Shaq rzucając wolne. Każdy musi mieć jaki niewyuczalny element gry i w naszym przypadku jest to bronienie trójek. Bucks pozwalają przeciwnikom na rzucanie ponad 30 trójek na mecz, z czego aż 11 z narożników! A teraz przeliczcie sobie na punkty 30 oddawanych trójek w meczu na prawie 40% conversion rate w styczniu…

Idziemy dalej, kolejny akapit, następne zmartwienie – Giannis i jego agresywność.

  • W grudniu oddawał prawie 9 osobistych na mecz – w styczniu tylko 6 (procentowo na drużynę jest to spadek z 47% wszystkich wolnych Bucks na 32%). Do tego jego skuteczność za trzy spadła do zaledwie 26% (na pocieszenie, co raz częściej decyduje się na nieasystowane trójki – 39%).
  • Zwracałem też uwagę w przypadku meczu z Raptors, że prawie wszystkie swoje punkty zdobył z pomalowanego. Ma to swoje odzwierciedlenie również w styczniowych statystykach – oddał 56% swoich rzutów z pomalowanego, trafiając 63% z nich.
  • Nie wiem dlaczego, ale zauważam też jego spadek zaangażowania w powrót do obrony po stratach. W grudniu pozwalał średnio na 6,8 punktów traconych z kontry – w styczniu już na 9,9. W rezultacie, przeciwnicy zdobywają średnio 3 punkty więcej z kontr w styczniu niż w grudniu, gdy na parkiecie jest Giannis. Niby mało, ale jednak nie można przymykać na to oczu.
  • I najgorsze na koniec – w grudniu Bucks mieli NetRtg 6,8 z Giannisem na parkiecie i -5,9 jak siedział na ławce. W styczniu Bucks byli -5,4 z Giannisem w grze i poprawiali się do -0,4 jak wracał na ławkę. Boli, Kosma, prawda? 🙂

Co zrobić, żeby wrócić do formy z grudnia? Kilka rozwiązań same nasuwają się na usta:

  • Lepiej zbierać,
  • nie popełniać tylu strat,
  • opanować to, co w tej chwili dzieje się w głowie Giannisa. Chłopak ma przeciwny sezon, nagle stał się gwiazdą i mam wrażenie, że odkąd zrobiło się wokół niego głośno, jego głowa jest jakby w innym miejscu, niż jeszcze na początku sezonu. Oby to było tylko tymczasowe roztargnienie.

Przed Bucks w miarę spokojny okres przed przerwą na Weekend Gwiazd. W środę gramy i siebie z Heat, w piątek mam nadzieję pojedziemy Lakers, potem back-to-back w Indianapolis, w poniedziałek gościmy Pistons, w środę spacerujemy na Brooklyn, a potem przerwa aż do 24.02 – wracamy do Utah.  Na pięć meczów All-Star Week, liczę optymistycznie nawet na bilans 4-1.

Zgadzasz się?

O Bucks, whisky, dzikach i cygarach.

BucksPlayoffs

Kto jak kto, ale ty doskonale wiesz, o czym piszę.

To uczucie towarzyszy ci od lat i mimo, że co jakiś czas próbujesz się go pozbyć, wraca do ciebie częściej niż twój samotny i bezdzietny przyjaciel wraca do tej samej luksusowej dziwki każdego czwartkowego popołudnia. Najlepiej w przerwie między lunchem, a spotkaniem z klientem. Praca w korpo ssie.

A ty wracasz z pracy do domu po 21, cała rodzina śpi, nawet kot nie wychyla głowy z kuwety i możesz przysiąc, że jego oblepiona piachem łapa pokazuje ci faka, a oczy każą ci wypierd@l@ć. W kuchni przytula cię Bowmore Legend, i już po chwili ciemnozłoty trunek nastawia na ciebie uszu i z ciekawością wysłuchuje o twoim dniu. Idziesz do pustego salonu, nastawiasz płytę , włączasz boczne światło i odpalasz komputer.

Nagle, twój wielki świat złożony z miliarda drobnych problemów kurczy się do rozmiarów muszki, desperacko walczącej o przeżycie w szklance z 40% cieczą. „Twoje zdrowie” – mówisz głośno w myślach i kątem oka łapiesz spojrzenie eleganckiego przystojniaka w lustrze. Nie przejmujesz się świadomością pobudki o 5 i pracy do 21. Zapominasz o podatkach, zusach, koniecznością ogarnięcia i zorganizowania wszystkiego i wszystkich. Twój dzień świstaka chociaż na moment zaczyna się inną zmieniać. Cieszysz się z prostych rzeczy, chociaż przez ten krótki moment, kiedy twój 50ml przyjaciel dopinguje cię do rzeczy, które od 13 lat (z krókimi przerwami) dają ci poczucie ciszy i spokoju.

Znasz to, prawda?

Jeśli nie, to witaj w moim świecie.

1. Sportbusiness Journal podaje, że oglądalność meczów Bucks w TV w stosunku do poprzedniego sezonu wzrosła o 323%.  Pobiliśmy dwukrotnie nawet Cavs i powrót Jamesa (wzrost o 150%).

2. Larry Sanders ma jednak wielkie serce, jednak dalej go szczerze nietrawię. W o wiele bardziej pogodnym tonie informuje o jego obecnej sytuacji Maciek, i nie widzę potrzeby, żeby dublować jego pracę. Szczególnie, że nic nowego nie dodam.

3. Krążą plotki, że Knight jest w kręgu zainteresowań kilku klubów, nie tylko dlatego, że rozgrywa jeden z lepszych sezonów (przez przerwą na ASG miał 14 kolejnych meczów z +5 asystami), ale również z powodu swojego kontraktu. Jako RFA, jeśli zdecyduje się na zostanie w Bucks, po sezonie będziemy mogli chociaż pozornie dyktować warunki. A potem jednym bezlitosnym rzutem kart na stół powiedzieć: „NIE!” i puścić do w cholerę w przypadku przepłaconego kontraktu. A, odnośnie przepłacania zawodników – Dragić obiecał, że będzie moim gościem specjalnym jak już podpisze tego prawie maksa z Lakers albo Knicks. Yikes!

W Bucks póki co nikt nie myśli o pozbywaniu się zawodników – mowa raczej o kolejnych wzmocnieniach przez playoffami. Dlatego na tapecie pojawił się

4. Enes Kanter. Jazz nie dają mu minut i Enes jest smutny. A smutny Enes, który podobnie jak Knight, po sezonie będzie RFA, to Enes, którego chcesz przytulić za każdym razem jak miniesz go szybkim pivotem albo rzucisz mu game winnera półhakiem z 2 metra. Poza tym, jego wartość jest w tej chwili strasznie trudna do ustalenia. W perspektywie utraty Sandersa, zawodnik, który w meczach przeciwko nam rzucał średnio 19 punktów i zbierał 9 punktów, może być przydaty. Pytanie tylko, za ile i za kogo?

5. Przed nami moja ulubiona część sezonu. Trade-deadline to początek prawdziwej koszykówki, ostatecznej walki o jak najlepszą pozycję przed playoffami.

My zaczniemy już w piątek meczem z Denver i nie pozostaje nam nic innego jak trzymać kciuki za to, żeby Bucks utrzymali poziom i wytrzymali trudy sezonu.

Pozbawieni doświadczenia, przetrzepani przez kontuzje, z lekko szalonym dyrygenten z ławki. Aż się chce oglądać.

No i miałeś rację. 50ml to za mało jak na 500 znaków.

I pomyśleć, że #LarrySanders był kiedyś na mojej tapecie.

larry-sanders-weed

Larry Sanders.

Idealny przykład tego, jak w krótkim czasie można stoczyć się ze wzgórza Andersa i wylądować na tyłku na samym środku torowiska i czekać na nadjeżdżający tramwaj. A ja w tej chwili nie marzę o niczym innym, jak tylko być motorniczym i w chwili zderzenia wcisnąć dodatkowo pedał gazu. I otworzyć drzwi, żeby wpuścić na bandwagon dodatkowych hejterów.

Szczuczna górka przy ul. Ślężnej we Wrocławiu, usypana z gruzu, zasypana ziemią i udekorowana dla niepoznania trawą, jest piękną alegorią naszego jeszcze do niedawna najlepszego podkoszowego. Z zewnątrz wygląda całkiem dobrze, na tyle dobrze, że chętnie widzisz go w swoim mieście i chcesz, pozostał tu na dłużej.  Bo blisko AE, bo Aquapark, bo teren zielony… Jednak im dłużej patrzysz na ten sztuczny twór, tym bardziej zdajesz sobie sprawę z tego, że powoli zaczyna walić zgnilizną, a dodatkowo wygląda jak grzyb na ścianie, który rośnie i z czasem pożera całą ścianę, na której jeszcze niedawno dumnie prężyły się plakaty twojego bohatera.

Larry Sanders znudził się koszykówką tak, jak Piotr Szybilski pewnego dnia znudził się dietą, powiedział sobie sakramentalne: „a ch*j” i zaczął pożerać galaktyki jak zagrychę do wieczornych 15 browarów.

Larry Sanders powiedział koszykówce „NIE” głośniej, niż Carmelo Anthony swojej ambicji w dniu wyboru między sukcesami sportowymi a kupą kasy w Knicks.

Larry Sanders wypiął się na NBA tak mocno, że Biedroń z miejsca wykupił dożywotnie miejscówki w pierwszym rzędzie Bradley Center.

Larry Sanders był kiedyś wartościowym obrazem, wiszącym na ścianie w sypialni właściciela Hell-A Magazine, do momentu, aż Hank Moddy nie stwierdził, że „it’s all good” w tłumaczeniu na polski nie znaczy: „hmm, ciemne barwy naprawdę oznaczają potępienie, a jasne i pogodne pastele wieszczą nieskończoną niebiańską radość.”

Larry Sanders, po zapowiedziach, że zostanie zbawicielem Bucks, nagle doszedł do wniosku, że Milwaukee to dziura, a 11 milionów za rok grania w koszykówkę to zdecydowanie za mało. Bo po co grać w koszykówkę, skoro kontrakt jest gwarantowany i zamiast tego można walić po ryju kolesi w klubach i jarać trawę do wieczornego samogwałtu na strony Milwaukee Journal Sentinel.

Pozbycie się jego kontraktu nie będzię rzeczą łatwą, bo z moich amatorkich wyliczeń wynika, że i tak za następne trzy lata, będziemy mu musieli zapłacić około 20 milionów, czyli salary cap zostanie uszczuplone o prawie 7 milionów rocznie. Chyba, że uda się dokonać pierwszego w historii NBA wykupienia zawodnika za worki z marihuaną. Tego też nie wykluczam.

Larry Sanders i tak nie ma po co wracać do Bucks. Poza tym, czytając jego tweety zastanawiam się, czy w ogóle planuje jeszcze wracać do koszykówki. Zastananawiam się również nad tym, czy pali jeszcze tylko trawę, czy zdążył już przejść na coś mocniejszego. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że przez jego podejście do gry, nie ma co liczyć na wymianę, bo kto teraz weźmie w swoje ramiona zawodnika, który do piłki po niecelnym rzucie skoczy tylko wtedy, jak będzie zielona i „on fire” jak w NBA JAM?

Larry Sanders albo ma kryzys osobowości, głęboką depresję, albo jest po prostu niebywale głupim i skretyniałym idiotą. Nie zapłaciłbym mu grosza za to, że nie wywiązuje się z kontraktu, ale taka opcja pewnie nie wchodzi nawet w grę. Jason Kidd robi wszystko, żeby tylko delikatnie tłumaczyć w mediach jego nieobecność, ale jednocześnie wszyscy wiemy, że najchętniej powiedziałby: „Larry GTFO!”

I to samo mówię mu teraz.

„Larry GTFO!”

Obligacje sposobem na finansowanie nowej hali Bucks.

Milwaukee arenasW Milwaukee znaleziono sposób na załatanie dziury, potrzebnej na sfinansowanie budowy nowej hali. Do 100 milionów wyłożonych przez Lasry’ego i Edensa, 100 zapewnionych przez Kohla i kolejnych 100, które zainwestują mniejszościowy udziałowcy i inni sponsorzy, około 150 milionów zostanie przekazanych ze stanowch podatków dochodowych od zawodników i pracowników drużyny. Jak podaje JournalSentinel, prawie 11 milionów, które w 2012 wpłynęły z podatków (tzw. jock tax), pozwoli na utworzenie specjalnych, 20-letnich obligacji, które zapewnią 150 milionów (do spłaty razem z odsetkami będzie 214 milionów).

Pomysł jest wynikiem ostatniego przemówienia Jima Steineke’a, który określił szanse wykorzystania publicznych pieniędzy na budowę nowej hali jako bardzo słabe. „Dlaczego osoby, które nigdy nie pójdą na mecz Bucks mają pośrednio płacić za budowę hali?”  w 100% się z nim zgadzam, o czym już wielokrotnie pisałem.

Pomysł z obligacjami jest sprytnym sposobem obejścia używania pieniędzy podatników. Jeśli tylko Komisja Mieszkaniowa zaakaceptuje dodatkowe finansowanie z obligacji, będzie Bucks będą już mieli zapewnione 450 milionów i nie będą musieli sięgać po publiczne pieniądze. Ponieważ koszt budowy hali wyceniono wstępnie między 400 a 500 milionów, byłby to koniec przeszkód finansowych.

Pozostanie jeszcze jeden problem. Gdzie postawić halę. Jak czytam w tym samym artykule JournalSentinel, przedstawiciele Bucks prowadzą rozmowy z właścicielami gazety w sprawie wykupienia budynku, gdzie aktualnie mieści się redakcja.

Poza tym, jest szansa na wybudowanie hali w miejscu obecnego teatru, o czym pisałem jakiś czas temu, lub w miejsce UMW Panther Arena. Są więc trzy potencjalne lokalizacje, w których można postawić nową halę, jednak w przypadku tych dwóch ostatnich miejsc, potrzebne będzie zatwierdzenie Uchwałą Rady Miasta, ponieważ wszystkie nowe budynki muszą być zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego.

Nie jest to jednak koniec zamieszania wokół nowej hali Bucks, jednak wszystko wskazuje na to, że faktycznie jeszcze w tym roku zapadną ostateczne decyzje. Bardzo dobrą informacją jest to, że władze miasta jednym głosem mówią, że pozbycie się drużyny NBA z Milwaukee byłoby wielkim błędem i wspólnie działają na rzecz utrzymania klubu w Wisconsin.

Jabari Parker po 7 meczach: debiutant roku czy lekkie rozczarowanie?

cropped-jabar.jpgGdy rano przy śniadaniu rozmawiam z synem i relacjonuję mu nocne spotkania, zawsze mnie poprawia, jak mówię o Parkerze. Pewnie przez to, że odnoszę się do niego jako „Jabar”, co on interpretuje jako „Babar„. Dla 2,5-latka fakt, że rysunkowy słoń może być liderem Kozłów jest czymś zupełnie oczywistym. „Nie tato, nie. Nie pan gol.* Babar! [tu wstaw dźwięk trąbiącego słonia] ” Nie będę się kłócił, bo i tak nie wygram.

(*nieważne, czy piłkarz, czy koszykarz, każdy facet z piłką to „pan gol”. Logiczne, nie?)

Siedem spotkań nie jest jeszcze co prawda żadnym wyznacznikiem, ale już teraz można powiedzieć, że tegoroczny draft, który miał być jednym z najmocniejszych od kilku lat, jest potwornym po prostu bustem. Liderem pierwszoroczniaków jest zgodnie z przewidywaniami Jabari Parker, ale zarówno jego gra jak i statystyki (12ppg i 7rpg) nie powalają na kolana. Co się dzieje z zawodnikiem, który miał być przecież najbardziej gotowym do gry debiutantem?

Kilka statystyk

1. Największe zastrzeżenie, jakie można mieć do Jabara to stosunkowa niska skuteczność rzutów – FG42% i tylko 25% za trzy. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że trójki stanowią tylko 14% oddawanych rzutów (jedna z lewego rogu, trzy z prawego, aż osiem z góry). Najbardziej cieszy mnie to, że znaczna większość, bo 38% to rzuty spod samego kosza, a tylko 30% to jumpery z półdystansu (z czego dokładnie aż 60% jest asystowanych).

2. Najgorszą skutecznością Jabar razi właśnie w wyżej wspomnianego jumpera, których do tej pory trafił jedynie 13 na 47 (27%). 9 akcji zakończył wsadem, co stawia go w czołówce ligi (z tego co pamiętam nawet w pierwszej piątce). Napewno do szybkiej poprawy jest również skuteczność wykańczania lay-upów, gdzie na 14 tylko 5 znalazło drogę do kosza (36%).

3. Podobnie jak większość zawodników, Jabar oddaje 31% swoich rzutów między 15 a 7 sekundami do końca akcji. Nie jest zbytnio wykorzystywany w clutchu, bo tylko 2,4% rzutów oddał z mniej już 4 sekundami na zegarze.

4. Catch and shoot oraz pull-upy stanowią 43,5% jego rzutów, z czego aż 40% oddawanych jest bez żadnego kozła. Jest to póki co najmocniejsza broń ofensywna Jabara, bo trafia z eFG 54%. BTW, jeśli obrońca kryje go bardzo szczelnie, Parker trafia tylko 29% swoich rzutów. Jak dostaje trochę więcej oddechu (od 2-4 stóp), skuteczność wzrasta już do 47%.

5. Interesujące jest to, że im Parker gra dalej od kosza, tym Bucks lepiej na tym wychodzą. W wygranych meczach aż 21% jego rzutów to trójki (w stosunku do 9% w przegranych), natomiast rzuty z pomalowanego to tylko 47% do 64%. Do tej pory również wygrywamy, gdy Jabar nie schodzi poniżej 50% eFG, a przegrywamy, gdy ta spada do 39%. Odejście od kosza łączy się też nieuchronnie ze spadkiem liczby zbieranych piłek. W wygranych, kiedy szwęda się przy obwodzie, ma jedynie 19% zbiórek drużyny. W przegranych, kiedy walczy bardziej pod koszem, zbiera 26% wszystkich bezpańskich piłek dla Bucks.

6. Nieco więcej niż połowa z jego średnio 7 zbieranych piłek na mecz ma miejsce bez żadnego zawodnika koło niego (box out robi swoje). 41% zbiórek jest z jednym contenderem. Dodatkowo, aż 71% wszystkich piłek zbiera po niecelnych jumperach, 11% po wolnych i 14% po trójkach.

7. Jeśli chodzi o asysty, to jego głównym adresatem jest Brandon Knight, do którego kierowanych jest aż 49% wszystkich podań (z czego Brandon trafił 58% z nich). Parker prawie w ogóle nie gra z wysokimi – 10% podań idzie do Sandersa, 0,6% do Zazy i jedynie 2% do Giannisa. Potwierdza to styl, w jakim Parker gra do tej pory – wymienia podania głównie z obwodowymi, a jak dostaje piłkę w dogodnym miejscu, to nie zastanawia się dwa razy, tylko od razu rzuca.

8. To, co widać z meczów i również znajduje odzwierciedlenie w statystykach, to świetnia obrona na obwodzie. Jabar pozwala atakującym graczom na trafianie tylko 34% trójek i 47% rzutów za dwa.

9. Parker stostunkowo rzadko jest przy piłce, do tej pory jedynie 203 razy, co przekłada się na 0,24 punktów na posiadanie (dla porównania obe był przy piłce 287 razy, ale zdobywa już 0,48 punktów na posiadanie. Tyle, że Kobe jest przy piłce średnio 4 minuty na mecz, Parker 1,1 minuty. Na marginesie, jednym z największych ball-hogów jest w tej chwili Knight, który klepie prawie 8 minut w meczu).

10. Do ciekawostek dorzućmy jeszcze to, że Jabari przebiega średnio 3,5km na mecz ze średnią prędkością 7km/h.

Wnioski

Z jednej strony świetnie jest się pobawić w sprawdzanie zaawansowanych statystyk po tak długiej przerwie, z drugiej strony, świadomość tego, że minęło dopiero siedem meczów w sezonie i wszystko jeszcze ulegnie wielkim zmianom, jest lekko deprymująca. Po obejrzeniu wszystkich meczów Bucks do tej pory mogę powiedzieć jedno – Parker jeszcze nie gra na 100% swoich możliwości i jeszcze w tym sezonie zobaczymy duży postęp. Od momentu draftu, nawet od Ligi Letniej, Jabar stracił dużo na wadze i poprawił zarówno motorykę, jak i kondycję. Regularnie dostaje po 30 minut na mecz od Kidda i z racji na #2 w drafcie, ma pewne miejsce w wyjściowym składzie.

Chciałbym jednak widzieć więcej meczów w jego wykonaniu z taką agresywnością, jaką widzimy w grze Giannisa, bo Parker ma naprawdę często momenty, że upiera się tylko na jumpery. Świetnie jednak prezentuje się już w izolacjach, gdzie potrafi zagrać zarówno tyłem do kosza i zakończyć akcję wjazdem, jak i zaskoczyć step-backiem i rzucić sprzed twarzy. Fizycznie jest gotowy do gry, to fakt. Pozostaje kwestia ustabilizowania formy i lepszej współpracy nie tylko z Knightem, ale i innymi zawodnikami, głównie podkoszowymi. Z jego rzutem mógłby zostać naprawdę dużym beneficjentem inside outside, gdyby tylko udało się wyegzekwować konsekwentie zagrywkę.

Podsumowując, po siedmiu spotkaniach czuję pewien niedosyt, nie będę tego ukrywał. Napędzony hypem liczyłem, że z marszu można od niego oczekiwać +20 punktów, szczególnie w ofensywie Bucks, gdzie nie ma prawdziwych strzelców. Parker miał być naszą główną strzelbą i jeśli chodzi o tę rolę, to póki co się nie spełnia. Nadrabia jednak z nawiązką w defensywie, gdzie za swoim zasięgiem i warunkami fizycznymi potrafi bez problemu ustać przy zawodniku, albo skutecznie odcinać go od podań (prawdziwym mistrzem w tym drugim był Giannis kontra Z-Bo w czwartej kwarcie dzisiejszego meczu, ale to tak na marginesie tylko). Dajmy mu czas, bo jestem przekonany, że za parę lat z pełnym przekonaniem będziemy mogli o nim mówić, jak o najlepszym zawodniku tegorocznego draftu.