Archiwa kategorii: Felietony

Felietony, co tygodniowe podsumowania itd.

Jon Horst czeka na nagrodę GMa roku.

Kiedy Bucks zwolnili Hammonda w 2017, skończyła się pewna era w Milwaukee. Zatrudnienie niedoświadczonego, młodego i sprawiającego wrażenie wiecznie speszonego Jona Horsta jako głównodowodzącego „pociągacza” za transferowe sznurki było bardzo ryzykownym posunięciem, które niejako zwiastowało już następne ruchy Kozłów. Od samego początku jak pojawiał się na konferencjach prasowych obok zawodników, czy podczas ubiegłorocznego przedstawienia Budenholzera, wyglądał jak stażysta, który tylko czekał na hasło, żeby donieść butelkę wody czy wyczyścić buty. Jednak obecność na wszystkich publicznych wydarzeniach zwiększała regularnie jego znaczenie w klubie i wcale nie było po nim widać, że chociażby nowy trener będzie zarabiał ze czternaście razy więcej od niego. (zainteresowanych dokładniejszym przedstawieniem jego przeszłości przerzucę do świetnego artykułu z DetroitNews.)

Jon powoli staje się dla Bucks symbolem spokojnej i przemyślanej ewolucji, wymagającej długofalowej strategii i mistrzowskiego przewidywania kolejnych ruchów przeciwników. Postawione przed nim zadanie zbudowania zespołu idealnie pasującego do stylu gry Giannisa nie było co prawda tylko i wyłącznie jego zadaniem, bo trener Bud dostał wolną rękę do poszukiwania zawodników.

Jednak w 2018 to Horst ściągnął do Bucks wolnych agentów: Connaughtona, Ersana i Brooka, którzy dzisiaj grają ważną rolę w zespole, a Lopez jest dla mnie do tej pory niekwestionowanym stealem ubiegłorocznej wolnej agentury.

Do tego Horst dokonał wydawało się rzeczy niemożliwej i pozbył się tragicznych kontraktów Delly’ego i Hensona (którego kiedyś nawet oficjalnie musiałem przepraszać) w zamian za spadający kontrakt Hilla. Po drugie, wymienił Thona Makera (dalej z Michałem za nim płaczemy) i Jasona Smitha za Niko Miroticia. Co też, obok przejścia Harrisa do 76ers, można określić największym stealem trade deadline’u.

A po ostatnich wymianach, Jon nie osiadł na laurach. Niedawno uszczęśliwił Bledsoe nową, czteroletnią umową i za grosze dodał mistrza wszystkich koszykarskich mistrzów Pau Gasola.

Spodziewałbyś się, że człowiek, który patrzy na Ciebie w taki sposób, jakby zawsze obmyślał sprytny plan uduszenia cię we śnie, będzie w stanie w tak krótkim czasie dokonać tak wielkich zmian w funkcjonowaniu klubu z Wisconsin? Jon nie boi się podejmowania ryzykownych decyzji i wygląda na to, że przez kolejne lata będzie jednym z cichych bohaterów w Milwaukee.

A za co, to udało mu się zrobić w tym sezonie, moim zdaniem należy mu się nagroda w postaci Executive of the Year.

PS.

Ale żeby nie było tak słodko, to nie zapominajmy, że najcięższy test dopiero przez Horstem. Middleton, Mirotic, Brogdon i Lopez – wszyscy będą po tym sezonie RFA i mimo, że teoretycznie mamy prawo do podejmowania decyzji o przyszłości każdego z nich, to jednak wybór nie będzie łatwy. Pytań jest dużo.

Czy Middleton to gracz na maksa? (nie).

Czy Brogdon wytrzyma kolejne granie obok Bledsoe, a jeśli tak, to czy zażąda podobnej kasy? (czy jest wart? nie).

Czy Mirotic będzie zadowolony z roli pierwszego rezerwowego i czy spuści z tonu jeśli chodzi o kasę? Może tak i nie. Czy jest wart więcej niż 15 baniek na rok? Nie.

Czy Lopez nie krzyknie nagle wynagrodzenia w okolicach 10 baniek za sezon? Przecież jest idealnym stretch centrem do orbitowania wokół eurostepującego Giannisa. Czy jest wart tej kasy? Kurwa, nie!

Niesamowicie interesująca końcówka tego sezonu będzie tylko preludium prawdziwie elektryzujących wakacji. Wiele będzie znaczyło, z jakiej pozycji do negocjacji podejdą Bucks. Rozmowy będą na pewno zgoła inne, gdy Horst będzie negocjował z zawodnikami z perspektywy udziały w finałach, czy po kolejnej klęsce w pierwszej rundzie. Jakby nie było, dalej jestem zdania, że Bucks nie mogli wybrać gorszego czasu na wygrywanie.

Reklamy

O tym jak Mirotic ściągnął Gasola do Bucks.

Pau Gasol znalazł się w sytuacji, w której nie czuł się komfortowo. Jako zawodnik San Antonio Spurs, 38-letni center nie otrzymywał wielu okazji do wniesienia swojego wkładu na parkiecie i na tym etapie swojej kariery, pragnął szansy na zmianę.

Z biegiem czasu zaczął wierzyć, że na horyzoncie tliła się szansa na wynegocjowanie umowy wykupu ze Spurs i wejście na rynek wolnych agentów. Milwaukee Bucks byli jedną z drużyn, które uznał za ciekawe, więc podniósł słuchawkę i wysłał tekst do Nikoli Miroticia, byłego kolegi z drużyny zarówno w Chicago Bulls, jak i hiszpańskiej drużyny narodowej.

„Niko, muszę z tobą porozmawiać”, napisał Gasol, natychmiast ostrzegając Miroticia, że ​​temat jest ważny. Przyznasz, że to nie jest tekst, po którym większość ludzi nawiązuje swobodną rozmowę.

Gasol powiedział Miroticiowi, w jakiej był aktualnie sytuacji. Zbierał informacje i potrzebował się dowiedzieć od kogoś zaufanego, jak Bucks wyglądali od wewnątrz. Mirotic był z zespołem dopiero od 7 lutego, jednak Gasol nadal był zainteresowany jego pierwszymi wrażeniami.

Mirotic opisał przybycie do Milwaukee jako wygraną na loterii. Co przy okazji dzisiejszego wywiadu po meczu z Suns powtórzył również Pau.

„Jak na razie czuję się wspaniale – świetni koledzy z drużyny, świetna organizacja, świetna chemia” – wspomina Mirotic podczas poniedziałkowej sesji zdjęciowej na Arizona State University. „To wszystko, co mu powiedziałem. Dodałem: „Posłuchaj, stary, naprawdę czuję, że ten zespół jest wyjątkowy i jeśli chcesz wziąć udział w czymś specjalnym, powinieneś do nas dołączyć”.

Gasol był pod wrażeniem tego, co powiedział Mirotic, ale w tym momencie było jeszcze za wcześnie, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję. Nadal musiał załatwić wykup ze Spurs.

Ale dla Miroticia klamka już zapadła. Codziennie wysyłał wiadomości do Gasola, mając nadzieję na dobre nowiny. W piątek, ostatniego dnia kiedy gracze mogli zostać wykupieni i mogli dołączyć do nowego zespołu, częstotliwość tekstowa Miroticia wzrosła.

„Pisał do mnie prawie co godzinę w stylu” Coś nowego? Masz jakieś wiadomości? „Gasol wspomina z uśmiechem.

Ale na godzinę przed 16.00 dostał kontrakt. Według raportu The Athletic, Gasol oddał 2,5 mln $ Spurs jako część umowy, co uczyniło go wolnym agentem i otworzyło drogę do podpisania umowy z Bucks do końca sezonu.

„Muszę być wdzięczny Spurs za to, co dla mnie zrobili ale także za umożliwienie mi wykupienia się z wystarczającą ilością czasu, aby móc podpisać z Bucks”, powiedział Gasol. „Gdybyśmy czekali kolejne 20, 30 minut, już by mnie w Kozłach nie było. „

Oczywiście Gasol musiał odczekać dwa dni zanim mógł oficjalnie podpisać z Bucks. To nie powstrzymało zawrotnego Miroticia, który natychmiast zaczął pisać na Twitterze o Gasolu – tuż po tym, jak zaczęły pojawiać się wiadomości o jego zamiarze przyłączenia się do Milwaukee.

– Nie mógł się powstrzymać – powiedział Gasol.

Gasol podpisał z Bucks w niedzielę i spotkał się z nimi w Phoenix. Brał udział w poniedziałkowym treningu rzutowym i pozostał do późna, aby zagrać mecz z grupą graczy, trenerów i personelu zespołu, w tym Donte DiVincenzo, DJ Wilsona, Christiana Wooda, Bonzie Colsona i Trevona Duvala. George Hill i Sterling Brown siedzieli z boku i oglądali z zainteresowaniem.

Grali w trzy, czterominutowe gry, które były zacięte, ale niezbyt intensywne. Pozwoliły jednak na zbudowanie pierwszej nici porozumienia z nowymi kolegami z drużyny.

„Bucks to świetny zespół który właśnie rozkwita”, powiedział Gasol, kiedy zapytano go, dlaczego zdecydował się dołączyć do Bucks. „Po prostu chcę być częścią tego co właśnie tworzą i podzielić się swoim doświadzeniem, szczególnie w okresie przedsezonowym. „

Rola Gasola w drużynie dopiero zostanie ustalona. Hiszpański center będzie dzielił czas na parkiecie z Giannisem, Miroticiem, Ersanem, Wilsonem i Brookiem Lopezem. Z tej grupy, wszyscy oprócz Wilsona grali regularnie od weekendu gwiazd.

Gasol na pewno da Kozłom ogrom doświadczenia, jednak to jak go odpowiednio wykorzystać, będzie ciężkim zadaniem dla trenera Mike’a Budenholzera. W końcu Pau opuścił San Antonio, ponieważ chciał grać więcej – do tej pory w Spurs mógł liczyć na 12,2 minuty w 27 meczach w tym sezonie, w tym 26 spotkań w listopadzie i grudniu. Jak czytamy z tekstu, Gasol nie otrzymał żadnych obietnic dotyczących czasu gry z Bucks.

Zamiast tego Budenholzer poprosił Gasola, by mu zaufał.

Jestem inteligentnym zawodnikiem, coś wymyślę „– powiedział Gasol. 

„Nie ma pilnej potrzeby. … Wystarczy, że poznasz drużynę i stopniowo zaczniesz dodawać od siebie to i owo. To wszystko, czego od Ciebie oczekuję.” – zakończył coach Bud.

szybkie tłumaczenie Bucks.pl za JSOnline.
autor: Matt Velazquez

Bucks nie mogli wybrać gorszego czasu na wygrywanie.

Od 22 lat śledzę regularnie NBA, w tym od 17 nałogowo żyję sportowymi wydarzeniami z Milwaukee. Jestem z Bucks od transferu Desmonda Masona. Przeżyłem połamane kolana Michaela Redda. 36 milionów Drew Goodena. Wybranie Monty Ellisa zamiast Curry’ego. Ballhogging Corey’a Spaghetti. Nagłe załamanie nerwowe Larry’ego Sandersa. Płakałem jak Bogut spadł z obręczy na łokieć. Skręcałem się z bólu, jak TJ Ford jebnął na parkiet i złamał kręgosłup. Ryczałem, jak Jabari dwukrotnie stracił nogę. Płakałem też za każdym razem, jak Jennings wchodził na parkiet. Z Bucks łączy mnie wiele, nie tylko na poziomie czysto sportowym, ale również głęboko emocjonalnym. Dlatego teraz śmieję się nieco przez łzy, że nasze dobre wyniki i pęd po pierwszy od 18 lat awans do drugiej rundy playoffów przypada akurat na moment, kiedy NBA jest, moim zdaniem, w swoim największym koszykarskim dołku od lat.

Nie interesują mnie statystyki i wykresy pokazujące, że oglądalność rośnie, wpływy z reklam i biletów są na kosmicznym poziomie, fani hucznie zapełniają hale, a zawodnicy mają się tak dobrze, jak nigdy. Co z tego, że za sprawą Giannisa zrobił się tak potężny hype na Bucks, że sam nawet zaczynam tego nie ogarniać, sporo Kozły poszły z duchem dzisiejszej koszykówki, zbudowali skład pełen rzucających za trzy niezbierających podkoszowych i otoczyli Antka czterema strzelbami, które co mecz mają zielone światło na odpalanie tylu trójek, ile tylko im się podoba.

Czy na zakończenie tego sezonu, nawet jak Bucks wejdą do finałów konferencji/finałów ligi/ będę pamiętał fantastyczne osiągnięcie zespołu, czy może raczej przy spotkaniach towarzyskich rozmowy i tak będą kierowane na wiecznie marudzących zawodników, którzy traktują kluby jak chwilowe przystanki w drodze do mistrzostwa/sławy/pieniędzy? Teraz tematem numer jeden jest Davis, który nagle z jednego z najbardziej kozackich zabijaków tej ligi zmienił się w zawodnika, przez którego będę pluł na monitor za każdym razem, jak tylko pojawi się jego twarz. Drugi w kolejce jest już Kyrie Irving, który coraz bardziej zaczyna kręcić nosem na grę w Bostonie i dam sobie rękę uciąć, że na kilka godzin po otwarciu okienka transferowego, podpisze kontrakt z nowym klubem. O LeBronie wymieniających zawodników jak w CMie nawet nie wspomnę.

Jaki jest sens regularnego śledzenia basketa, który z twardego, męskiego sportu, sukcesywnie zmienia się w ligę rzucających za trzy, mających wyjebane na wszystko egoistów, dla których własne statsy i pogoń za kontraktami/fejmem znaczą więcej, niż poświęcenie i zdobycie mistrzostwa?

Nie mogę patrzeć na Rockets, którzy odpadają prawie 45 trójek na mecz i mają w składzie gości, którzy wchodzą parkiet tylko po to, żeby rzucać z dalekiego dystansu. Ale co mam powiedzieć na Bucks, którzy w tej chwilą są drugą najczęściej rzucającą za trzy drużyną w NBA ze średnią prawie 38 bomb na mecz? Czapki z głów dla tych, którzy przebrnęli przez cały All-Star game, z chujowego-meczu-bez-obrony zmienił się magicznie w chujowy-mecz-bez-obrony-ale-jebie-to-i-pierdolne-se-za-trzy-z-połowy.

Bucks w tej całej układance pełnej rozsypanych puzzli próbują złożyć w całość puchar Larry’ego O’Briena niebezpiecznie jednak balansując na krawędzi stania się potworkiem, którym się brzydzę. I dlaczego nie jestem w stanie przymknąć na to oka i nie skupiać się na pozytywach.

Mamy przecież w tej chwili drugi najlepszy atak w lidze (117ppg), przy drugiej najlepszej skuteczności z gry (47,9 FG%). Jesteśmy najlepiej zbierającą drużyną (48.9 RPG) i wygrywamy mecze największą różnicą punktów (+/- 9.7).

Może dlatego, że jako fan urlepowskiej defensywy i pokracznego ataku pozycyjnego, kocham nad życie finały Spurs-Pistons z ’05, w których tylko raz przekroczono granicę 100 punktów. Kurwa RAZ na siedem meczów, w tym jeden zakończył się po dogrywce. Uwierzcie mi, nie potrafię się cieszyć jak Bucks wygrywają z Wizards 148-129 albo z Wolves 140-128. To nie jest koszykówka, o którą nigdy kurwa nie walczyłem!

Co z tego, że Giannis wyrasta błyskawicznie na najjaśniej świecącą gwiazdę w lidze, skoro sama liga przestaje świecić takim blaskiem jak kiedyś. Co z tego, że wygram konkurs trójek, skoro od lat tak uprościliśmy zabawę, dodaliśmy cały jeden rządek money balli, żeby tylko wyniki były wyższe, a plebs głośniej klaskał. Jak bardzo będzie liczyły mistrzostwo zdobyte w 2019 – w lidze, w której nie możesz konkretnie sfaulować biegnącego sam na sam z koszem zawodnika, bo od razu odgwiżdżą ci flagrant one. Że o dyskusjach z sędziami albo kopnięciu piłki w nerwach i innych niuansach za którymi już ewidentnie nie nadążam nie wspomnę (kurwa ten gather step dzięki któremu Giannis robi kroki przy każdym eurostepie, albo stepback Hardena to jakieś potwory nie z tej ziemi!)

Uwierz mi, nie ma dla mnie w tej chwili znaku równości między mistrzostwem zdobytym w dzisiejszej NBA, a tym sprzed nawet jeszcze dekady. Dzisiejsze zdobycze powinny zostać oddzielone od poprzednich lat grubą linią i nie liczone do oficjalnych statystyk, tak, jak ma to miejsce przy nieszczęsnym konkursie za trzy w czasie weekendu gwiazd. Zdobyć teraz mistrzostwo, to trochę jak być Peterem Steelem i chwalić się dwucyfrową liczbą cipek zjedzonych na kolacje.

Dlatego tak bardzo boli mnie to, że Bucks są na fali wznoszącej akurat w takich, a nie innych koszykarskich czasach. Cieszę się, oczywiście że się cieszę, ale jednocześnie nie mogę pozbyć się z głowy głosu, który deprecjonuje każde indywidualne i drużynowe osiągnięcia z tego sezonu. Też masz takiego swojego miniaturowego malkontenta, który marudzi ci non stop do ucha, nie mów, że nie!

Oby Giannis zdobył MVP.

Oby Budenholzer zdobył COTY.

Oby Jon Horst zdobył GMa roku.

Oby Bucks zdobyli mistrzostwo lub chociaż otarli się o finały. Mogą być nawet konferencji. Biorę w ciemno.

Niech ta trwająca od zeszłego sezonu koszykarska erekcja w Milwaukee skończy się w końcu jakiś happy endem, żebym mógł usiąść swobodnie w fotelu, wziąć telefon, podzwonić do kumpli i ponarzekać na to, jak to Bucks są czołowym zespołem w chujowej lidze.

Malkontenci koszykarskiego świata – wasze zdrowie!

Od listopada pokochasz Bucks.

Zakładasz koszulkę Antetokounmpo wychodzisz z domu.

Głowa zadarta do góry.

Plecy wyprostowane.

Sprężysty krok zwycięzcy.

Spojrzenie czempiona.

Przebijasz się przez tłum kibiców, którzy czekają w długiej kolejce na bilety. Kolejki nie są dla ciebie.

Mistrzowie nie czekają.

Przebijasz się koło ludzi i czujesz ich spojrzenia na sobie.

„Lose Yourself” w słuchawkach po raz tysięczny powoduje gigantyczne dreszcze na cały ciele. Wchodzisz do holu i znikasz we mgle dymu tanich papierosów.

Walisz sektory B, C i D. VIPy idą na A.

Miejsce na parkiecie, tuż przy trybunach.

Przebijasz szacun-żółwia z ochroniarzem = +10 do respektu na dzielni.

Wysyłasz suck-me-at-halftime-oko do dziewczyn pod koszem = kolejna nieprzespana noc po meczu.

Stajesz przy parkiecie, rozglądasz się wokół i widzisz pełną halę. Widzisz rodziny z dziećmi w koszulkach Middletona, Giannisa i Brogdona. Widzisz homoseksualne pary w koszulkach Gay’a i Collinsa.

Słyszysz pisk butów na parkiecie.

Szelest siatki po kolejnym rzucie z dystansu.

Debila z trąbką i kretyna z wuwuzelą. Czujesz, że żyjesz.

Przeskakujesz przez reklamy i dostajesz owację na stojąco. Jak gladiator zabijający dla tłumów widzów w Koloseum, ty zaliczasz coast-to-coast w trzech krokach i kończysz akcję między dwoma obrońcami. Oczami wyobraźni wybiegasz w przyszłość i głosujesz na swoją akcję na youtubie.

Dostajesz podanie. Wielkie dłonie przytulają piłkę. Zamykasz oczy i zapach skóry daje ci pierwszy tego wieczora mini orgazm. Wodzisz palcami po gładkich rowkach i robisz pierwszy kozioł. Kur*a, ten dźwięk!

Raz.

Drugi.

Prawa noga.

Lewa noga.

Wybicie.

Lot.

Wsad.

Obręcz drapie nadgarstek.

Siatka głaszcze po włosach.

Lądujesz i biegniesz w stronę środka boiska.

Uśmiechasz się o ucha do ucha. Kochasz ten sport. I wiesz, że w tym sezonie, zakochasz się w nim jeszcze bardziej.

Od listopada pokochasz Bucks.

BUCKS BASKETBALL IS BACK!*



*Znowu, bo uaktualniam ten tekst co rok i zawsze się rozczarowuję.

Czy cieszę się po zwolnieniu Kidda?

Pisałem w lipcu 2014:

Zawsze tak jest – im mniej pracy, tym więcej wolnego czasu, a co za tym idzie, komputer idzie w odstawkę. Siedzenie po 10 godzin dziennie na dworze, z dala od ESPN, twittera i NBATV jest potwornie rewitalizujące i pozwala chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich zawirowaniach wokół Melo, Jamesa, Wade i Jasona Kidda. Z drugiej strony mam świadomość tego, że najlepsza część sezonu ucieka mi bardzo szybko między palcami, a ja łapię się na tym, że zamiast na bloga, swoje żale związane z zatrudnieniem Kidda wylewam na niczego nieświadomego syna.

Kidd w Bucks nic a nic mi się nie podoba. Wszystko chyba przez to, w jaki sposób został zatrudniony. Lasry moim zdaniem zachował się bardzo nieprofesjonalnie odbierając telefon od agenta Kidda i dając się przekonać, że Jason będzie lepszą opcją niż Larry Drew. Nie zapominajmy, że w czasie jak Lasry myślami był już przy szczegółach kontraktu Kidda, Drew miał ważny kontrakt i słowne zapewnienie od nowych właścicieli, że utrzyma pracę. Parę dni potem – JEB! – jak samolot ze spadochroniarzami spada na niego z nieba informacja o tym, że jednak może sobie zrobić dłuższe wakacje i owszem, byłeś fantastycznym trenerem Drew, cenię cię jako osobę, jesteś świetnym fachowcem, to nie twoja wina, to ja, muszę trochę popracować nad sobą i mieć więcej przestrzeni dla siebie, tak wiec, sam wiesz co teraz będzie, życzę ci powodzenia na nowej drodze życia. And shit.

Potem Kidd pojawia się na długo oczekiwanej konferencji i przez mniej niż 15 minut robi nam odtworzenie konferencji prasowej Tuska, tylko że zamiast przed taśmami, ucieka przed tematem Blooklynu i Nets. Pytań pada masa, odpowiedzi są zawsze te same: „Jak patrzę na siebie, to widzę trenera”. Obok Kidda siedzi Hammond, człowiek, który teoretycznie powinien pociągać za kadrowe sznurki w Bucks i tylko świeci oczami, nie wypowiadając imienia nowego trenera ani razu. Dlaczego? Bo o jego zatrudnieniu dowiedział się podobno w ostatniej chwili, kto wie, czy nawet sam Drew go o tym nie poinformował, jak stracił pracę. To wszystko jednak nie przeszkodziło Hammondowi w powiedzeniu, że „ostatnie cztery dni były wyśmienite dla Bucks”. Owszem, były bardzo dobre – głównie jednak dlatego, że po raz pierwszy od kilku sezonów trendujemy gdzie tylko się da i w końcu robi się o nas nieco głośniej niż do tej pory.

Czy Kidd będzie dla Bucks dobrym trenerem? Ciężko teraz jednoznacznie stwierdzić, jak trener z tak małym doświadczeniem poradzi sobie z grupą zawodników z równie małym stażem w lidze. Nie ukrywam, że mimo niesmaku, jaki zbudził we mnie sam sposób zatrudnienia Kidda, jestem podekscytowany świadomością tego, że czeka nas znowu coś całkowicie nowego. Kidd ma parę asów w rękawie, które będzie mógł dowolnie testować w Milwaukee, ale nie okłamujmy się, zdaję sobie sprawę z tego, że Milwaukee jest tylko krótkim przystankiem w karierze Kidda. Przystankiem, który Jason będzie pewnie chciał wykorzystać jako sposób na wypromowanie swojej osoby i pokazania, że jest w stanie zapanować zarówno nad drużynami naszpikowanymi przestarzałymi i przepłaconymi gwiazdami, jak i nad drużyną, która jest świeżo po najgorszym sezonie w historii. Dodatkowo nieco martwi mnie to, jak w nowym systemie Kidda poradzi sobie Parker.

(…)

O wiele bardziej podoba mi się druga plotka, w której czytamy, że po raz kolejny staramy się o ściągnięcie Bledsoe’a i jego wartego 6,5 milionów kontraktu do Milwaukee. W razie fiaska, będzie to drugi offseason z rzędu, gdzie dstaniemy policzka od samego zawodnika i jego agenta i pewnie już definitywnie będzie można o nim zapomnieć. Zdrowy Bledsoe byłby jednak świetnym wzmocnieniem naszego backcourtu i olbrzymią szansą na pogonienie w cholerę Knighta. Bledsoe + Wolters to para, która bardzo, bardzo by mi odpowiadała.

Boli mnie trochę to, że początkowy entuzjazm związany z Lasrym i Edensem na czele Bucks, który potem cudownie przerodził się w jeszcze bardziej i zupełnie inaczej pobudzający draft z udziałem Mallory Edens, powoli zaczyna się zamieniać w starą, niezbyt dobrą karuzelę. Raz jestem na szczycie podniecenia, bo udaje nam się wylosować Parkera, potem znowu zbiera mi się na wymioty, jak czytam plotki związane z Linem i Vasquezem. W między czasie czuje w buzi kapcia po tym, jak zaliczam mini vomita przy okazji zatrudnienia Kidda. Tak sobie myślę, że to jest chyba fenomen bycia kibicem Bucks. A prawdziwa zabawa dopiero przed nami.


Pisałem w sierpniu 2014:

Wysiadłem z auta i sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki. Kartka papieru z „X” i „O” ciągle była na miejscu, tak samo jak nadgryziony przy gumce ołówek i bezlitośnie szybko kończąca się półlitrowa butelka Jim Beama. Wziąłem szybkie dwa łyki, żeby zabić stalowy smak krwi, który po uderzeniu w kierownicę rozgościł się na dobre w moich ustach. Od wypadku w 2012 miałem już nie wsiadać w auto po alkoholu i poniekąd nadal się tego trzymam. Teraz jednak, zacząłem się oszukiwać i podjąłem decyzję, że bardzo przyjemnie otwiera się butelkę przy 90km/h i bierze pierwszego łyka przy 120.

Wycierając krew z ust, zdaję sobie sprawę z tego, jak czuła się Joumana, kiedy trzymałem ją za rozpuszczone włosy i z wielką satysfakcją uderzałem jej głową w deskę rozdzielczą. Niby minęło już trzynaście lat od tamtego ekscesu, dalej nazywam to w ten sposób, a ja dalej mam napady złości. A alkohol, jak dobra dziwka, jest tylko tymczasowym dostarczycielem przyjemności.

Migająca złowrogo lampa budowała nastrój jak z horroru, a ja powoli zaczynałem czuć się jak jeden z głównych bohaterów. Wgniecenie na przedniej masce wyraźnie krzyczało „MORDERCA!”, a zbita szyba dodawała szeptem: „DUI!” W podejmowaniu decyzji nie pomagał dodatkowo przeszywający głowę ból, ani widok tego, co znajdowało się na przodzie mojego nowiutkiego SUVa.

A zaczęło się pięknie. To Marshall będzie naszą jedynką. Knight dostanie szansę albo na dwójce, albo jako pierwszy z ławki, jeszcze zobaczę. Na trójce zaryzykuję, a ch$%#@j, Antek tylko po to, żeby stretch czwórką mianować mojego głównego bohatera w tym sezonie – Parkera. Center – Sanders z Hensonem, jeśli ten pierwszy znowu nie zacznie odp(*&^%ć jakich głupot.

Jabari to jest gość, fyi. Widziałem już zawodników z takim wyjściem do rzutu i z taką gotowością do gry w NBA tuż po drafcie, ale jeszcze nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że sam będę mógł go trenować. Wielka szansa dla wielkiego zawodnika, żeby uczynić trenera pijaka trenerem roku. Taki wysłałem mu sms, jak tylko dowiedziałem się, że Cavs wzięli Wigginsa z jedynką. Odpowiedział: „kk”.

Ominąłem kałużę i wyjąłem telefon. Jasny blask wyświetlacza dodał dużo czerwonego zabarwienia zazwyczaj czarnym od błota kałużom. Trzy nieodebrane połączenia, cztery smsy i jeden trup na aucie – taki był w skrócie mój bilans dzisiejszego powrotu z treningu, jeśli mnie zapytasz. No i pół litra bourbonu obalonego za kółkiem, ale o tym już nikt nie musi wiedzieć.

Słup latarni wygięty, trawa wokół chodnika zaorana niczym Tera Patrick starająca się o wolny pokój gościnny u Charliego Harpera. Obok czapki z daszkiem widzę plamę oleju, tuż przy nienaturalnie wygiętym ciele leży niedawno zmieniany flitr paliwa Boscha za prawie $60. Pieprzone wyrzucanie kasy w błoto. If you pardon the pun.

Załuję, że nie mam szluga, bo trzęsące się ręce powoli zaczynają utrudniać sprzątanie.

Szkoda też, że skończyła się gorzała, bo trzeźwiejący umysł powoli zaczyna łączyć fakty.

Patrzę na czapkę z daszkiem i w głowie słyszę: „Nie mogę się doczekać.”

Patrzę na zmiażdżone ciało na samochodzie: „To będzie dla Ciebie fantastyczny sezon, trenerze.

Widzę bezwładnie leżącą rękę i wiem, że już nigdy nie rzuci buzzera.

Widzę oczy, patrzące ślepo przed siebie i wiem, że nie zobaczą nigdy jak czysty rzut idealnie wpada do kosza, pieszcząc siatkę całym swoim obwodem.

Widzę zakrwawioną koszulkę Bucks z #12 i wiem, że jak tylko prawda wyjdzie na jaw, Milwaukee nie będzie moim nowym domem.

Ale ty nikomu nie powiesz, prawda?


Tak, cieszę się, że Kidda już nie ma w Milwaukee.
Tak, jaram się na samą myśl, że możemy jeszcze uratować ten sezon.
Dzięki za wszystkie dzisiejsze podniecone SMSy z rana i telefony po południu. Fajnie, że jesteśmy razem z Kozłami.

Sayonara Jason!

List do P.: Kapitan Hak Henson – przepraszam, wiesz za co.

Wiem, że za nami dopiero miesiąc gry, 14 meczów, ale uważam, że jestem Ci winien przeprosiny. Nie widziałem dla Ciebie miejsca w drużynie i chciałem, żebyś jak najszybciej odszedł. Patrzyłem jak cierpisz walcząc pod koszami i sam krwawiłem z oczodołów. Czułem na sobie każdy łokieć, który wypychał Cię spod kosza. Każde kolano wepchane między Twoje nogi, wybijające Cię z równowagi (przysięgam, że to właśnie to, a nie kolejne piwa, powodowały moje spadki utrzymywaniu pionu). Żeby nie było – nadal modlę się do koszykarskich bogów, żeby docenili Twój mocny start i zesłani na nas mesjasza, który wykupi Twój gargantuiczny kontrakt i odda kogoś ze spadającą umową. Żeby nie było (po raz drugi, celowy zabieg stylistyczny mający na celu podkreślenie kontr argumentu do tego postawionego w głównej tezie, ok?), piszę ten list, bo wiem, że po transferze Moose’a do Phoenix, jesteśmy zdani na siebie na dłuższy czas (chyba, że bogowie zrobią to, o co ich proszę, biczując się do krwi za każdym razem, jak Twój hak zawiesza się w powietrzu i nie dolatuje do kosza).

Trzeba oczyścić atmosferę, bo mam wrażenie, że nasze wczorajsze wyjście na piwo nie do końca nam wyszło. Byłeś głośniejszy niż zawsze. Żartowałeś, jak nigdy. Mówiłem Ci, jak wkurwia mnie Twoja bezjajeczność, a teraz, jak widzę te żarzące się iskierki, które zostawiasz na parkiecie, zaczynam czuć to charakterystyczne mrowienie między nogami. Nic z gejowych spraw. Ale jara mnie kilka rzeczy, które robisz od początku sezonu. Posłuchaj.

  1. Stary, jak Ty to robisz, że po tak dziadowskim sezonie, nagle jesteś w stanie trafiać z gry z 57% skutecznością? Nie wiem, czy śledzisz swoje statsy, ale walisz średnio 2,9 celnych rzutów na 5,1 oddanych. Szacun. Podwójny szacun za to, że praktycznie przestałeś rzucać z dalekiego dystansu i zacząłeś bardziej wchodzić pod kosz. Midrange jumpery i te Twoje charakterystyczne ćwierć haki to jest coś, na co mogę patrzeć godzinami. Serio! Po warunkiem, że dolatują do kosza. W przeciwnym wypadku, wracam do biczowania.
  2. Rzuty to tylko dodatek do Twojej gry. Imponujesz mi potwornie asystami. Wiesz, te akcje, w których stoisz na wysokości osobistych, wołasz o podanie, dostajesz piłkę i po wykonanym w swoim tempie pivocie odgrywasz do narożnika do niepilnowanego Snella czy Middletona. Zajebista sprawa – wiesz o tym, że PER36 notujesz rekordowe w karierze 2,9 asysty?
  3. Kolego, czy przestałeś się bać walki na deskach? Na atakowanej zbierasz prawie dwie piłki na mecz – ostatni raz byłeś tak aktywny w sezonie 2014/15. Pamiętasz ten sezon? Jasne, kurwa, że tak. Ile miałeś ofensywnych zbiórek we wczorajszym meczu? W razie, gdybyś nie pamiętał… Pięć!!! Stary, wiesz, jak to ważny element w naszym skrupulatnie budowanym planem!? Będę słodził Ci dalej, bo na bronionej desce też idziesz fantastycznie – 4,9 na mecz! W sumie to daje – po 14 meczach, przypominam Ci tylko, żebyś został ze mną i nie odpłynął w świat samozadowolenia – 6,7 zbiórek na mecz! WOW! Zią! Twój rekord kariery to 7,1 zbiórek na mecz w 2013/14. graj tak dalej, a zaliczysz rekordowy sezon!
  4. Kochany, pamiętasz sezony 2014/15 i 15/16? Blokowałeś wtedy jak szalony (odpowiednio 2 i 1,9 bloków na mecz). A co się dzieje teraz? 1,6 na mecz! Timing masz dalej dobry, instynkt pozostał, ale jest jedna rzecz, której u Ciebie nie znałem i która zmotywowała mnie do napisania tego biję-się-w-pierś listu. Grasz kurwa z pasją. Z wkurwem w oczach. Nie boisz się popełniać błędów, bo znasz swoją wartość na parkiecie. Nakręcasz do gry nie tylko siebie, ale innych. Twoja mowa ciała mówi: może jestem chudą cipą, ale i tak ci wpierdolę. Przynajmniej ja to tak odbieram. Podkreśliłem to, żebyś wiedział, jak ważny to dla mnie aspekt Twojej gry. Możesz to sobie wydrukować i powiesić w szatni. W meczu z Cavs, jak usiadłeś na ławce po faulu, którego Twoim zdaniem nie było, pełen wkurwienia i nabuzowania, myślałem, że nie wyrobisz. Czekałem, aż wstaniesz, ciśniesz krzesłem w sędziego, połamiesz obręcze i z wystawionym fuckiem dla całego świata pójdziesz prosto do szatni. Kocham to i nie przestawaj tego robić!

Nadal uważam, że masz wiele do zrobienia, żeby grać na poziomie swojej wypłaty. Ale najważniejsze, że widzimy postępy. Nie wiem, czy katalizatorem tej zmiany był transfer Monroe, czy też częste treningi z Garnettem, który zdaje się mieć magiczny wpływ na całą naszą drużynę. Nie przestanę mieć na Ciebie oka, wiesz o tym doskonale. Chciałem tylko, żebyś miał świadomość tego, że Twoja dotychczasowa ciężka praca nie została przeze mnie pominięta. Niech ten list będzie dla Ciebie wirtualnym klepnięciem w plecy, zachęcającym do dalszej pracy. Idziesz w dobrym kierunku. Trzymam kciuki, żebyś do końca sezonu nie zboczył z trasy.

Twój oddany krytyk numer jeden.

Dawid.

Gdy jesteś na dnie… szybka refleksja.

Udało się!

Po tylu latach ciągłego życia pod presją, codziennej walki z krytyką, nieustannych perturbacji związanych z oczekiwaniami, których nie miałem jak spełnić, w końcu się udało!

Siedzę na tarasie, technorattan relaksuje zmęczone po treningu mięśnie, lodowate piwo uzupełnia wypocone płyny. Stukam kciukiem prawie już pustą puszkę i łapię się na tym, że strasznie podoba mi się dźwięk, jaki wtedy wydaje. Palcem wskazującym ścieram kropelki wody, biorę dwa głębokie jak Cassidy Banks łyki i władczym ruchem zaciskam pięść, zgniatając puszkę. Rzucona niedbale na stół, ulewa z siebie resztkę płynów. Moje jednoosobowe piwne bukkake w to zajebiste piątkowe popołudnie.

Udało mi się!

Odłóż wszystko na chwilę. Usiądź koło mnie. Potrzebuję rozmowy. Mam jeszcze w chuj solonego słonecznika, tylko rozłupuj go proszę najpierw zębami, potem rozchylaj zgrabnie palcami jego słone wargi i wyskrob czekającą w środku nagrodę. Plucie po całym tarasie to poroniony pomysł.

Gryź.

Skub.

Łykaj.

Słuchaj.

Jakie to uczucie, być jednocześnie tak absurdalnie przewartościowanym i niechcianym? Chodzić do pracy, w której jesteś jednym z najlepiej wynagradzanych pracowników, ale równocześnie zdając sobie sprawę z tego, że twój jedyny wkład w sukces całego zespołu to genialnie zaparzona kawa z ekspresu i niezapchanie kibla po potrójnej dawce kofeiny z samego rana? Czy wiesz jak to jest być nikim, ale móc jednocześnie zaparkować swojego nowego Mercedesa między dwoma Matizami tych nierobów z księgowości? Pewnie nie masz zielonego pojęcia o czym mówię. Większość z was mnie nie rozumie.

Dlatego dopiero teraz zobaczyłeś pistolet leżący niedbale na fotelu obok mnie.  Jego oko wpatruje się we mnie leniwie, pełne niecierpliwości i narastającego z każdą sekundą podniecenia. „Weź mnie do ręki” – błaga. „Chwyć mocno. O taak. Właśnie tu. Oprzyj palec. Pociągnij. Wystarczy raz i będzie…” – bang bang – spust prosto w twarz.

Nie bój się. Nie zrobię tego.

Ale wyobraź sobie coś.

Zamknij oczy na chwilę.

Nie bój się.

Poczuj wzrok tych wszystkich osób. Usłysz słowa krytyki, które ja słyszę od lat. Oni wszyscy patrzą na mnie, jak na kogoś innego, kogoś, kim nigdy nie będę. Wyzywają mnie na ulicy. Zastraszają. Odbierają fundamentalną chęć do robienia tego, do czego pan Bóg, ojciec mój wszechmogący i cierpliwy mnie stworzył. Tyle, że podczas codziennych modlitw nawet on mnie opierdala. A skoro i jemu skończyła się cierpliwość, to jak ja mam dalej to wszystko tu ciągnąć?

Dasz mi jakąś radę, czy tylko będziesz słuchał i kiwał głową?

Co mówisz?

Dobra, sobie też przyniosę, ty leniwa pało.

Nie powinienem pić, ale dzisiaj zasłużyłem na te dwa piwa, co nie? Stary, kurwa, udało się! Między nami mówiąc, będzie mi brakowało tego miejsca. Ulic, które początkowo same kierowały mnie bez ograniczeń prędkości w stronę nieuchronnie zbliżającego się sukcesu. Ludzi, którzy podnosili głowy, patrzyli na mnie i przysięgam kurwa, w czterech na pięć przypadków nie tyle wiedzieli kim jestem, ale cieszyli się, że jestem tam dla nich. Czułem, że sama moje obecność wypełnia ich jestestwo tak, jak mój wujek wypełniał mnie na każde urodziny przed komunią.

Wszystko było jak sen, który pojawił się w moim życiu nagle, jak tęcza po ulewnym deszczu. Patrz, kurwa, minął rok i tęcza wypięła się na mnie odwróconym jeźdźcem, pochyliła do przodu, rozszerzyła czerwono-fioletowymi paluchami swój wesolutki odbyt i wypuściła na mnie zjaranego Leprechauna, który zsunął swoje pedalskie, zielone spodnie, chwycił się za krocze i krzyknął: „Szukałeś skarbu, suko? Tu masz swój skarb!”

Ale wiesz, nie zadzwoniłbym po ciebie, gdybym miał się tylko użalać nad sobą. Chciałem się pochwalić tym, że wszystko się zmieni. Na lepsze. Nie, nic jeszcze nie jest przesądzone, ale za to w końcu coś się dzieje! Najgorsza jest bezsilność. Jak wtedy, gdy twoje dziecko wymiotuje po całym mieszkaniu, zrzuca małe co nieco na laptopa, obsmarowuje tableta, obryzguje ściany, a jedyne co ty możesz robić to zagryzać wargi żeby śmiech nie zespół zajebistego filmiku, który kręcisz. Nie mam dzieci, nie wiem jak to jest. Ale musi być strasznie ciężko. Ważysz-120kg-i-masz-zespół-Seckela-ale-wygrałaś-MamMarzenie-NieChceUmrzećDziewicą-które-zaraz-spełnię-bo-podniosłem-rękę-nie-słysząc-pytania ciężko.

No więc słuchaj, co się stało. Otworzyłem sejf. Krótka kombinacja cyfr otwiera wrota do krainy szybkiej i prawie niebolesnej śmierci. Pod warunkiem, że wiesz co robisz i wiesz w co celować. Bo inaczej może być słabo. Jak słabo? Patrz końcówka akapitu wyżej. Wyciągam Walthera, obracam go w dłoni. Sprawdzam magazynek. Po drodze przechodzę przez kuchnię i wyciągam pierwszego dzisiaj browara. Będzie mi łatwiej jak się znieczulę. Na uszach słuchawki zagłuszają moje samobójcze myśli. Nagle muzyka milknie i słyszę znajomy głos (jebane autoodbieranie):

„Brandon Jennings, mój ulubiony klient – jesteś tam?” – basy odbijają się w środku moich uszu i po raz pierwszy przeklinam moment, w którym zdecydowałem się na zakup najlepszego modelu Sennheiserów do telefonu.

„Jestem, co jest?” – odpowiadam niedbale, licząc, że rozmowa nie potrwa długo.

„Pakuj walizki. Wyjeżdżasz z Milwakee.”

Udało się!