Archiwa kategorii: Recap

Porażka z Kings. Playoffy coraz dalej.

Kings 97 – Bucks 90

Co za frajerstwo! Aż nie wiem od czego zacząć, bo w sumie dopiero wracam do świata nieśpiących. Liczyłem na to, że upośledzona ofensywnie drużyna (Bucks) poradzi sobie z defensywnie upośledzonymi (Kings), szczególnie grając u siebie. A okazało się, że dzisiaj tylko Kozły były niesprawne fizycznie w obronie. To, na co Bucks pozwalali Thorntonowi (27pkt/6zb/4as) i Udrihowi (25/6/6) woła o pomstę do nieba. Masa czystych pozycji, gubienie się na zasłonach, niewracanie do obrony, niezastawianie deski (47-32 w zbiórkach dla Kings)… mógłbym jeszcze wymieniać, ale chyba wiecie o co chodzi.

Prowadzenie Kozłów do przerwy 56-53 nie wróżyło jeszcze tragedii. Nie spodziewałem się też tego, że w kolejnych 24 minutach rzucimy tylko 34 punkty. Liczyłem, że po serii 16-6 z początku trzeciej kwarty uda się wrócić do gry, bo przegrywaliśmy wtedy tylko 8 punktami (70-62). Skiles zrobił mądry ruch i widząc, że pierwsza piątka  (oprócz Delfino) praktycznie zasypia na parkiecie, sięgnął po rezerwy. Wrócił Sanders, który mimo lekkiej kontuzji z pierwszej połowy był w stanie wnieść nieco energii do defensywy Bucks. To po jego przechwycie i lay-upie Kozły odzyskały na chwilę prowadzenie 72-71. Na minutę przed końcem Delfino trafił kolejną trójkę (w całym meczu wyrównał rekord kariery – 30 punktów, 5/9 za trzy) i Bucks prowadzili 92-90, niestety w kolejnej ofensywnej akcji Bogut popełnił błąd przy stawianiu zasłony dla Jenningsa i Kings odzyskali piłkę. Co prawda udało się obronić akcję, ale Jason Thompson zebrał piłkę w ataku, podał do Udriha a ten spokojnie wykorzystał oba wolne wyprowadzając Kings na +4 punkty na 17,6 sekund do końca.

Oprócz wspomnianej defensywy, zawiodła skuteczność. Salmons trafił tylko 3/14 z gry, Jennings 2/7, a Dooling 1/6 (nie piszę o 7/13 Boguta, bo do jego fatalnej skuteczności jestem już przyzwyczajony). Na plus i to duży zasłużył Sanders, który w krótkim czasie wniósł więcej energii do gry niż Brockman w ostatnich 10 meczach. Do tego dołożył 3 bloki i 2 przechwyty.

Jak zacząłem, tak skończę. Straszne frajerstwo. Bucks zakończyli serię 4 meczów u siebie z bilansem 2-2, a przed nimi ciężki back-to-back. W piątek wyjeżdżamy do będących w kryzysie Knicks, a w sobotę podejmujemy u siebie Chicago. I o ile nie liczę na zwycięstwo w tym drugim spotkaniu, to warto byłoby wykorzystać jeszcze raz dołek nowojorczyków i przywieść cenne zwycięstwo. Szczególnie, że Indiana dzisiaj łatwo uporała się z Bobcats i umocniła się na 8 miejscu na wschodzie.

Reklamy

Delfino znowu prowadzi Kozły do zwycięstwa

Knicks @ Bucks 95 – 100

Ohh, cudowny, niedzielny wieczór w końcu nadszedł. Z związku z tym, że już dawno zapowiadałem na twitterze felieton „koszykówka po alkoholu”, cieszę się podwójnie. W towarzystwie zawsze potwornie schłodzonych Żubrów (czterech, na wszelki wypadek, w końcu będę walczył z niebezpiecznymi Kozłami) udałem się do Milwaukee, gdzie planowałem obejrzeć kolejne zwycięstwo Bucks – oczywiście w drodze do upragnionych play-offów. Licząc na wszelkie możliwe porażki Indiany i Charlotte oraz na to, że nagle nie pokusi mnie otwarcie kolejnego piwa (co mogłoby się skończyć zamknięciem laptopa, założeniem butów i kurtki i wyjściem na miasto w niedzielną noc – fatalny pomysł, szczególnie, jeśli mieszka się w Świebodzicach i po raz kolejny naraża się na przesłuchanie u żony), z niemałym bólem na sercu wyłączyłem uspokajającego Coltrane’a i przeniosłem się do Bradley Center, gdzie razem z FOX Sports miałem oglądać mecz swojego życia. Tak na marginesie, polecam przed każdym przeciętnym meczem wypicie kilku piw – nagle okaże się, że Salmons wymiata jak James, Jennings podaje jak Nash, a Bogut jest czarniejszy od Howarda.

[czytaj dalej]

17k Jamesa, 43 Jamesa, 16/21 Jamesa…

Miami @ Atlanta 106 – 85

Wcale nie chciałem oglądać tego meczu, dlatego nie wiem, dlaczego jak wstałem rano, mój wybór padł na wycieczkę do Atlanty. Zawsze tak mam, że ze wszystkich meczów jakie mam do wyboru, wybieram te najmniej emocjonujące. Swoją decyzję argumentuję jednak tym, że nie widziałem Atlanty zbyt często w tym sezonie i (bardzo) po cichu liczyłem na to, że uda im się chociaż nawiązać walkę. Poza tym, po przeczytaniu kilku artykułów w Slamie na temat dominacji i ewolucji Josha Smitha, chciałem sprawdzić, na ile się to sprawdzi w praktyce…

[czytaj dalej]

Dwa mecze, po których znienawidziłem koszykówkę

Suns @ Knicks 129 – 121

Bucks @ Rockets 84 – 93

Jak tylko żonka dowiedziała się, że mecze zaczynają się o 19.00, jakoś posępniała. Przestała się odzywać, nie jadła i przegapiła chyba pierwszy w życiu odcinek „Jak dobrze wyglądać nago”. Żaden z tych symptomów nie mógł oznaczać niczego dobrego. Kiedy zadzwoniła do mnie z pracy i powiedziała, że nie będzie wracała bezpośrednio do domu ucieszyłem się, że nie rzuciła słuchawką. Kiedy faktycznie nie wróciła o planowanej godzinie, ucieszyłem się jeszcze bardziej.

[czytaj dalej]

 

 

Pacers bez szans ze świetnie broniącymi Bulls

Bulls @ Pacers 86 – 99

Mecz w Conseco Fieldhouse był jednostronnym popisem wyśmienitej defensywy Byków, które od początku spotkania wyszły na prowadzenie, którego nie oddały do końcowego gwizdka. Od pierwszych minut tempo napędzali Rose z Boozerem, a ich intensywność w ataku cały czas szła w parze z doskonałą, twardą zespołową obroną. Thibodeau w końcu wyegzekwował od swojej drużyny agresywność od pierwszych minut, co przełożyło się na przebieg spotkania. Z wielką przyjemnością oglądało się defensywę Bulls – cały czas stali twardo na nogach, nie dawali się nabierać na żadne fake’i, nie skakali bezsensownie w pierwsze tempo i praktycznie o nikim (może oprócz Korvera) nie mogę powiedzieć, że pozwalał na łatwe rzuty. Klasą samą dla siebie byli Deng i Gibson. Ten pierwszy niesamowicie nękał Grangera przez całe spotkanie (do tego 3 bloki), a Taj, który oficjalnie miał 2 bloki, w dwóch kolejnych sytuacjach nieco za bardzo chciał udaremnić rzut i popełniał lekkie faule. Do tego Byki, grające w moich ulubionych alternatywnych czarnych strojach, wyjątkowo dobrze szanowały piłkę: na 9 minut przed końcem trzeciej kwarty miały tylko 4 straty (7 w całym meczu). W ataku, oprócz wspomnianego Boozera i Rose’a, świetnie spisywał się Deng, który co i rusz grał give and go albo szybkie hand offy , które siały wielkie zniszczenie w defensywie Pacers.

[czytaj dalej]

 

Love znowu (prawie) doskonały

Wizards @ Wolves 97 – 109

Miałem nadzieję, że z tym meczem będzie jak z nowo poznaną dziewczyną w barze, która co prawda ma krzywe zęby, zeza i tłuste włosy, ale po dłuższej chwili okazuje się, że ma ciało Halle Berry. Ale przez to, że Wizards nie wygrali jeszcze w tym sezonie na wyjeździe, a Wolves podchodzili do niego z serią pięciu porażek z rzędu nastawiałem się raczej na to, że gdyby ten mecz był kobietą, to miałby brzydką twarz, mówiłby basem, zamiast piersi miałby dwa ugryzienia komarów i do tego płaskostopie i grzybicę stóp. Innymi słowy, bałem się, że gdyby ten mecz był kobietą, byłby jak Kasia Cichopek.

[czytaj dalej]