Bucks i 76ers – dwie potęgi o tych samych wykładnikach.

Cały dzień przygotowywałem się mentalnie do nocnego oglądania meczu Bucks – nawet formalny, na pierwszy rzut oka, strój w pracy skrywał pod sobą, to, co tak naprawdę liczy się dzisiejszej nocy. Z Philly mamy porachunki do wyrównania – rok temu mieliśmy gorszy bilans od 76ers, mimo,  że rekord 26 przegranych z rzędu należał właśnie do nich. Po drugie, nie można zapomnieć o tym, co Spencer zrobił nam rok temu:

Teraz wszystko wskazuje na to,  że role się odwróciły i to Bucks wyjdą na parkiet w roli zdecydowanego faworyta.

Ponieważ nie ma zarówno MC-W, jak i Embiida, na pewno nieraz wystrzelę ochem-i-achem w kierunku Noela, który pewnie będzie elektryzował publiczność walką na deskach z Hensonem (chociaż być może Sanders już dzisiaj zagra).

Ze strony Bucks oczekuję przede wszystkie nie zaliczenia kolejnej głupiej porażki na własne życzenie i, jak pisze Paweł, solidnego nabicia stastów przez Parkera i Giannisa. Nie może się też powtórzyć sytuacja z poprzedniego meczu, gdzie Jabari był zdecydowanie za bardzo olewany w ataku przez przez Knighta i dostawał trochę za mało podań. Do tego jak znowu zobaczę Zazę zabierającego minuty Hensonowi, to mnie chyba trafi.

Startujemy o 01:30, a ponieważ zależy mi na zrobieniu solidnej analizy komentarza z meczu Bulls-Cavs z nc+, po raz pierwszy w tym sezonie zaliczę dwa mecze za jednym zamachem. Uwielbiam NBA w piątki!

PS.

Parker jako członek Blues Brothers rozdający cukierki z okazji Halloween? Zgubił ostatni koszyk jak piłkę w trumnie w crunch timie z  Hornets. Not funny.

Z 74-50 dla Bucks do Kemby Walkera.

Wiesz, że coś jest z tobą nie tak, skoro przed prawie 14-godzinnym dniem pracy (i pierwszymi zajęciami o 6:30) ŚWIADOMIE podejmujesz decyzję o tym, że lepiej będzie przespać całą noc, niż potem być budzonym na zajęciach przez sympatycznego Japończyka czułym: „mista tića? herroł? ju łont slip?”  (co zdarzyło mi się raz i przysięgam, że tylko na sekundę przymknąłem oczy…) Kładę się zatem jak zwykle koło 22 z nadzieją na pobudkę o 5:30, albo jeszcze lepiej, parę minut przed budzikiem. Przy akompaniamencie sapiącej żony, chrapiącego syna i walącego po oczach księżyca podnoszę się leniwie z łóżka i sennym krokiem pędzę do kuchni wstawić kawę. Po drodze włączyłem telefon, żeby sprawdzić, ile minut wcześniej obudziłem się przed budzikiem. K*wa. Dochodzi druga, co oznacza dwie opcje: (1) kładziesz się z powrotem spać, ze świadomością, że po raz drugi olałeś mecz, albo (2)  idziesz do pokoju i włączasz streama, z nadzieją, że trafisz jeszcze na kawałek spotkania.

Trafiłem na ostatnie 3 minuty czwartej kwarty i gdy zobaczyłem wynik na stylu ucieszyłem się, że Bucks nie zaczną sezonu od blow-outu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że do połowy trzeciej kwarty prowadziliśmy 74-50.  Dla mnie liczyło się to, że w te trzy minuty, które oglądałem, Bucks zaliczyli więcej strat niż celnych rzutów. Middleton nie trafiał otwartych rzutów i najważniejszych dwóch wolnych w meczu, Parker pogubił się w pomalowanym, a na koniec Kidd podjął decyzję o niefaulowaniu Walkera (słusznie?), który miał więcej jaj w końcówce niż cała piątka Bucks razem wzięta.

Potem była dogrywka, standardowy kosz za kosz i przepiękny game-winner Kemby, którego wspominałem dłużej, niż wycieknięte zdjęcia J-Law.

Z tego, co podpowiada mi youtube, wcześniej w meczu Stephenson rozmazał Sandersowi makijaż:

a Giannis pograł trochę w obronie:

Czy można powiedzieć, że to była pierwsza frajerska przegrana w sezonie? Oczywiście. 24-punktowy come-back był największym w historii Hornets.

Najbardziej bolało to, że im bliżej końca meczu się zbliżaliśmy, tylko mniej było wiadomo, kto ma być naszym liderem. Czytałem, że Khris przejął rolę czarnej dziury i oddawał rzut jak tylko dostał piłkę. Parker pomimo kilku przebłysków niczym nie zachwycił, a Giannis nie mógł się odnaleźć na parkiecie w czwartej kwarcie i dogrywce.

Warto poczekać aż na torrentach pojawił się mecz, chociaż dla obejrzenia fantastycznej pierwszej połowy w wykonaniu Bucks. Wtedy też będzie okazja, żeby dodać kilka słów więcej.

Końcówka, którą widziałem i cała reszta meczu, którą przespałem, pokazują tylko, czego należy oczekiwać od Bucks w tym sezonie. Fantastycznych przebłysków talentu i kretyńskich okresów fatalnej gry, że o braku doświadczenia w crunch-time nie wspomnę.

PS.

Widziałeś pierwsze punkty Parkera w NBA?

Czy Lasry już wie, gdzie będzie hala Bucks?

Mimo tego, że Lasry oficjalnie jeszcze dementuje, dużo na to wskazuje, że Bucks mają już zaklepane miejsce pod przyszłą halę. Na twitterze krążą informacje, że w ciągu 30-60 będzie wszystko wiadomo.

Póki co krótkie wideo – komentarz po pracy koło 22:00.

Jakie jest pochodzenie takich słów jak „sneakers” czy „March Madness”?

Tydzień temu mogliście się zapoznać z pochodzeniem takich słów jak dunk, rebound, czy dribble. Dzisiaj zapraszam na ciąg dalszy, gdzie przybliżę ci etymologię kolejnych koszykarskich zwrotów.

dime – dlaczego na asystę mówi się czasem kolokwialnie dime? Najprawdopodobniej pochodzi to od wyrażenia utartego w latach sześćdziesiątych „to drop a dime”, które oznaczało przekazanie informacji, głównie na policję. Osoba „podrzucająca” informacje asystowała organom władzy w złapaniu przestępcy. Stąd dime to asystowanie w zdobyciu punktów.

sneakers – angielskie słowo określające trampki wszystko zawdzięcza gumowym podeszwom. W znaczeniu konkretnie określającym ten rodzaj obuwia, po raz pierwszy użyto tego słowa w 1917 roku, jednak już w 1887 roku Boston Journal użył sneakers do określenia „chłopców chodzących w butach do tenisa”. Ponownie, wszystko sprowadza się do gumowych podeszw, które były ciche na podłożu i pozwalały się „zakradać” (to sneak), w przeciwieństwie do skórzanych butów z twardą, drewnianą podeszwą. Co ciekawe, polska nazwa trampki pochodzi z lat trzydziestych i wzięła się od słowa „tramp” – wędrowiec, tułacz, włóczęga, ponieważ trampki zakładano często na piesze wędrówki.

Boom Shakalaka – znasz to doskonale z serii NBA JAM, a jeśli nie, to nie wiem, co tu jeszcze robisz. Niestety, nie zostało to wymyślone przez twórców najbardziej miodnej arkadowej koszykówki wszech czasów. Zrobił to w latach 60 funkowy zespół Sly and the Family Stone, w których piosence najpierw pojawia się Boom!, po którym słyszymy Shakalaka. Posłuchaj sam:

March Madness – marcowe szaleństwo w NCAA pojawiło się pierwszy raz w artykule NY Times w 1939 roku w kontekście: „„[a] little March madness may complement and contribute to sanity and help keep society on an even keel.” Mimo, że wtedy po raz pierwszy ten zwrot wypłynął na powierzchnię, nie był oficjalnie łączony z turniejem NCAA aż do 1985 roku, gdy ten rozrósł się do 64 drużyn. A potem lawina była nie do zatrzymania i do dziś jest to jeden z najpopularniejszych zwrotów związanych z koszykówką w USA.

Posterize – nie wiedziałem o tym, ale „robimy sobie z kimś plakat” dopiero od 1993 roku, oczywiście za sprawą Jordana. Zwrot ten pojawił się w Washington Times na określenie specjalnych umiejętności wykańczania akcji przez MJa.

From downtown – słyszałeś tysiące razy, jak odpalana z daleka trójka określana była from downtown. Wszystko przez Brenta Musburgera, który w latach 80 komentował finały dla CBS. „From way downtown!” – krzyczał do mikrofonu. Samo „going downtown” ma wiele definicji, jednak wszystkie z nich sprowadzają się do jednego – w downtown zawsze dzieje się akcja. Downtown to miejsce wśród wieżowców, gdzie miasto nigdy nie idzie spać, albo analogicznie, miejsce w trumnie pod samymi koszami, gdzie zdobywa się punkty. Trzymając się słownikowych definicji, nie rzucamy ” z downtown” ale wchodzimy „do downtown”, co miał opanowane do perfekcji Iverson. Penetrujesz tam, gdzie jest największy ruch. Wchodzisz między 215cm wieżowce, odbijasz się od zasłony i mimo wszystko oddajesz rzut w stronę kosza. Tu jest prawdziwy, koszykarski downtown. Dlaczego więc Musburger używał tego w przeciwnym znaczeniu? Domyślam się, że chodziło o skrót myślowy, jak na przykład w zdaniu:  „The shop is about a 30-minute drive from downtown” –  ” Sklep jest oddalony od centrum o około 30 minut jazdy samochodem”. Rzut za trzy z bardzo daleka jest również oddalony od centrum akcji o około, załóżmy, 10 metrów.

Czekam na więcej propozycji.

Jak to Giannis biegł sprintem na mecz w środku zimy.

Jeśli jeszcze nie kochasz Giannisa to przeczytaj krótką anegdotę z początku poprzedniego sezonu i napisz, czy zmieniłeś zdanie. Jeśli nie, to możesz śmiało przestać tu zaglądać.

Był 23 listopada, na dworze zimno jak cholera (prawie -10C), a ja byłam w trakcie zakupów z moim chłopakiem na Brady Street – kilka minut od Bradley Center. Zobaczyliśmy wielkiego mężczyznę, który przebiegł sprintem koło naszego samochodu. Zrównaliśmy się z nim, opuściliśmy szyby i zapytaliśmy, czy czasem nie chciałby, żebyśmy go podrzucili na halę. Odpowiedział, że bardzo chętnie i usiadł na tylnym siedzeniu mojej skromnej Hondy Fit.

Giannis miał na sobie tylko wiatrówkę i krótkie spodenki. Powiedziałam mu, że powinien sobie kupić kurtkę na zimę, a on odpowiedział, że ma zablokowaną kartę kredytową, bo właśnie przez pomyłkę przelał wszystkie swoje pieniądze do rodziny w Grecji i teraz nie ma ani centa nawet na taksówkę na halę. Przez całą drogę bardzo nam dziękował i co chwila powtarzał, że uratowaliśmy mu życie.  Co za słodki dzieciak…

Historia o tym, jak przypadkowi fani podrzucili roztargnionego Giannisa na mecz już temu rządziła w internetach. Jaki był ciąg dalszy? Giannis wysiadł pod halą, przebrał się i zagrał 12 minut w meczu z Bobcats, zdobywając w sumie 6 punktów i zbierając 3 piłki. Efektem jego przedmeczowego roztargnienia w banku było życie na krechę do czasu, aż rodzice nie wykonali przelewu zwrotnego oddając mu część wypłaty.

Podejście Giannisa do życia jest w dużej mierze odzwierciedleniem tego, jak zachowywałby się w pierwszych miesiącach NBA 18-latek z biednej Polski:

Gdy tylko zobaczył, że 50% jego wynagrodzenia idzie na podatki zapytał się mnie, czy znam jakiś sposób, żeby ich nie płacić. – Zaza Pachulia

Giannis po każdym wspólnym posiłku z drużyną zabierał do swojego domu sześć, czasem i więcej opanowań z resztkami. Starał się oszczędzać pieniądze na wszystkim – ciastkach, napojach, ciepłych posiłkach. – Brandon Knight

Kiedyś popełniłem wielki błąd i przy Giannisie wyrzuciłem do kosza parę butów. Ostro zainterweniował mówiąc: „Co robisz? To dobre buty!” Po czym wyjął je ze śmietnika i zabrał do domu. – Caron Butler

Czy w całej swojej dziecinnej naiwności i życiowej niedojrzałości, stać go na osiągnięcie wielkich rzeczy w tym sezonie?