Parker 20/15, Bucks wygrywają bez Giannisa.

We wczorajszym meczu Jabari wziął grę na swoje barki i pod nieobecność Giannisa (w drodze do Grecji na treningi reprezentacji) poprowadził nas do pierwszego zwycięstwa w SL (i w sumie pierwszego zwycięstwa od 11 kwietnia).

Obejrzyjcie skrót, bo to w końcu był Parker, jakiego chciałem widzieć we wszystkich meczach ligi letniej. Świetny post-up, mocny na deskach, pewny jumper z łokcia (te step backi!), ekstra passy, wszechstronność, siła, nadwaga! I te dwie akcje w końcówce meczu, kiedy Warriors niebezpiecznie zbliżyli się na 5 punktów… Miód w oczach.

Dalej co prawda widać, że z kondycją jest jeszcze daleko w lesie, ale póki co nie jest to powód do niepokoju. Chwila odpoczynku od koszykówki na rzecz siłowni, definitywne odstawienie big maców i dojazd rowerem do pracy powinny załatwić sprawę. Będzie dobrze.

Bucks – Warriors 79 – 74

Antek foreva!

giannistwit

Najpierw Jabari obiecuje, że chce grać całą karierę w jednym klubie, teraz Giannis publicznie przyznaje się do tego, że już nigdy przenigdy nie opuści Milwaukee.

W sumie spoko. Jak ma robić takie rzeczy jak dzisiaj ze Spurs, to nie mam nic przeciwko.

By the way, kontynuujemy tragiczną serię porażek w Las Vegas i mimo, że uznałem nasz ostatni mecz z SAS jako przedsmak przyszłorocznych finałów, to jednak nie chciało mi się na niego wstawać. Z meczu na mecz coraz więcej osób przejmuje się jednak formą Parkera, który co prawda dopiero 4 miesiące temu skończył sezon, jednak teraz sprawia wrażenie wyjątkowo ciężkiego (zabronić mu spędzania wolnego czasu z Mayo!)Dalej ma fantastyczne ISO, jest bestią w kontrze, ale poprawcie mnie jeśli się mylę, sprawia wrażenie, jakby wyjście w górę do rzutu sprawiało mu wiele wysiłku. Mam nadzieję, że im dalej w sezon, tym jego forma będzie szła w górę, jednak nie ukrywam, że spodziewałem się większej dominacji w SL już od pierwszych meczów. A póki co, to Antek wychodzi na głównego dominatora ligi letniej.

Recap meczu ze Spurs:

Dlaczego zawodników, którzy żądają MNIEJSZYCH wypłat opętał diabeł? @michal_ko

nbamoney

Zanim zacznę odnosić się do kilku ciekawych tematów, które wczoraj nie dały mi spać, muszę napisać, że nie boję się komentarzy pod tytulem: „jesteś hipokrytą”. Owszem, mam swoje wartości i zasady związane z pieniędzmi, których sztywno trzymam się całe dorosłe życie. Jednak, pomimo tego, co przeczytacie, wątpię, żebym sam kiedyś zdecydował się na mniejsze wynagrodzenie, niż ktoś by mi oferował. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do zawodników NBA którzy decydują się na ten krok, ja kasy nie mam.

W świetle wszechobecnego przepłacania zawodników, odwrócony trend „obniżek” jest dla mnie odświeżeniem nieczystego powietrza, które się nagromadziło od czasów 33 baniek rocznie Jordana czy gargantuicznego kontraktu Garnetta niedługo potem. Michale, mam do Ciebie zasadnicze pytanie – w czym przeszkadza Ci to, że zawodnik X (nazwijmy go umownie Dirk) będzie zarabiał 8 milionów rocznie, będąc jednocześnie franchise playerem i opcją numer jeden w drużynie na następny sezon, a w tym samym czasie zawodnik Y (załóżmy, że jakiś tam Chandler) dostanie dwa razy więcej, będąc jednocześnie co najwyżej trzecią opcją w drużynie?

Dlaczego zawodnik, który spędził całą karierę w jednym klubie nie może zażądać obniżki wynagrodzenia dla dobra klubu, skoro i tak już się sowicie dorobił w swoim życiu? W między czasie piszesz o wycofaniu się z koncepcji salary cap, która jakby nie patrzeć uratowała NBA od pewnej przepaści (w którą w błyskawicznym tempie zmierza piłka nożna)? Czy jest jakakolwiek alternatywa na obliczanie systemu płac?

Tak jak Ci pisałem na twitterze, jestem za tym, żeby zawodnicy starsi, wolniejsi i powiedzmy brzydko, w trendzie silnie spadkowym zarabiali mniej i mniej kasy. Pomijam póki co aspekt zasług dla klubu (które są większe, niż jakiekolwiek pieniądze. Wie o tym każdy, kto grał w Championship Managera i nie relegował do rezerw 40-letniego Giggsa za piłkarski PER na poziomie Sebastiana Mili, tylko trzymał go dalej na ławce i nabijał liczbę występów wstawiając go do meczu w 89 minucie meczu…)

 

Nie ulega wątpiwości, że żyjemy w czasach, gdzie pieniądze są jedynym wyznacznikiem naszych wyników i zasług dla pracodawcy. Nie mniej jakikolwiek przebłysk „normalności”, tj. zdania sobie sprawy, że zgoda na wielki kontrakt w przypadku zawodnika +35lat jest nonsensem, odbieram jako coś, co dodatkowo zwiększa liczbę czapek, które ściągnę z głowy po zakończeniu kariery przez Dirka. Powtórzę to jeszcze raz: zarówno Parsons jak i Peković, Michael Redd, John Salmons i inni nie załużyli na swoje wysokie kontrakty, tak samo bleknące gwiazdy (z top25 ligi czy nie) nie powinny dostawać takich pieniędzy, jakie Kupchak daje Bryantowi chociażby. I z dwóch chorych sytuacji, zdecydowanie wolę tą drugą.

Rozumiem Twoje zatroskanie stanem finansowym ligi, też martwię się tym, co stanie się z salary po podpisaniu nowej umowy telewizyjnej i wynegocjowania nowego CBA. Boję bardzo, że pompując sztucznie zarobki i dążąc do ciągłych podwyżek (co się tyczy każdej dziedziny życia, nie tylko NBA), prędzej czy później trafimy w punkt, że wszystko przysłowiowy ch** strzeli.

Gdybym był koszykarzem, który spędził całą karierę w Bucks i w tym czasie dorobił się kilkunastu milionów, nie wiem, jak bym się zachował u schyłku mojej kariery.Wątpię jednak, żebym zrobił to, co Dirk i zgodził się na zmniejszenie swojego wynagrodzenia, bo w dużej mierze się z Tobą zgadzam. Nie wiem tylko dlaczego doszukujesz się czegoś złego w sytuacji, kiedy zawodnik sam wychodzi z inicjatywą zmniejszenia wynagrodzenia w celu uszczuplenia salary. Nie boję się, że stanie się to nowym trendem, który doprowadzi do budowania super-drużyn, bo prędzej czy później znajdzie się taki Kobe, który zacznie Ci szeptać romantyczne italianizmy do ucha, że zasługujesz na więcej, że powinieneś chcieć więcej i jak coś to weź im powiedz, że w razie czego możesz nawet grać na Marsie, pod warunkiem, że dostaniesz w pełni zasłużoną 100% podwyżkę, plus oczywiście dodatkowa gratyfikacja byłaby mile widziana, szefie. 

Ja się cieszę, autentycznie cieszę z tego, że Wade jest wierny swoim barwom. Że Dirk i Tim zostali w Teksasie na dobre. Nieco to romantyczne (i żałosne jednocześnie), ale w moim zniszczonym przez wieczny popęd za konsupcjonizmem umyśle nawet jednorazowe przejawy wartości większych niż moc $$$ jest czymś, co zasługuje na dodatkowe uznanie, a nie na pretekst, do szukania dziury w całym. (Dodatkowo, jeśli mój wieloletni pracownik przychodzi do mnie z tekstem: „szefie, widzę, że jest kiepsko, spędziłem tu całe życie, zawdzięczam ci więcej, niż to sobie możesz wyobrazić, teraz czas, żebym ci się odpłacił. Nie chce podwyżki, wiem, że na nią zasługuję. Dalej jestem twoją opcją numer jeden w drużynie i właśnie dlatego, że jest to moja drużyna, chcę wziąć za nią odpowiedzialność. To moje ostatnie lata w lidze i nie chcę ich spędzić wracając na przedwczesne wakacje bez playoffów. Daj mi osiem baniek. Ja nie zbiednieję, a ty może dokupisz jeszcze jakieś drewno pod kosz, żeby powalczyć w pierwszej rundzie z Rockets. Co ty na to?” to nie będę patrzył na niego jak na wariata, tylko uścisnę jego dłoń i dodatkowo zapytam, co robi w piątek wieczorem, bo moja córka robi 18 w klubie go-go.)

Obawiam się, że jest to jedna z niekończących się dyskusji, coś jak rozmowa o religii czy polityce, kiedy dwie strony mają odmienne zdanie i jedna próbuje przekonać drugą do swoich wartości. Zgadzam się z Tobą w wielu miejscach, nie potrafię jednak doszukać się tego newralgicznego punktu, który powoduje, że mamy jednak odmienne zdanie na temat wynagrodzeń dla seniorów.

Mam w domu zamrażarkę, Ty masz w sklepie wódkę. Zróbmy z nich dobry użytek. 😉

 

Harcin Marasimowicz wróży śmierć NBA!

nuclear blast

Spotkałem kiedyś LeBrona, w czasach jak jeszcze pisałem dla Miami Herald. Gorące biuro na czwartym piętrze charakterystycznego biurowca z fasadą piaskowca było moim domem w czasie, gdy w pogoni za marzeniami pracowałem po 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Wyjechałem do Stanów wiedząc, że mój amerykański sen spełni się od nie od razu, ale jednocześnie nigdy nie spuszczałem z oczu mojego celu. Celem tym było spenetrowanie ligi od środka, dotarcie do samego źródła wąskiej grupy zawodników, którzy manipulują głosowaniem w wyborach na NBAPA, którzy potajemnie układają kolejność piłek na wyborach w drafcie, którzy trzymają w rękach nawet managerów swoich klubów. Dopóki władzę dzierży obecna grupa zawodników, dopóty NBA nie będzie niczym innym jak tylko skorumpowaną bandą złodziei, bandytów i przestępców, którzy grają dla pieniędzy, sędziują dla pieniędzy i kupują drużyny po to, żeby, – O ZGROZO – zarabiać pieniądze.

Wszystko się skończy za dwa lata z takim pierdolnięciem, o jakim jeszcze nikt z was nie słyszał.

Nazywam się Harcin Marasimowicz, a mój zawód, to sportowy dziennikarz śledczy.

Nie ma nic gorszego, niż wiara, że to, co kochasz, jest czyste i uczciwe. To, że kocham ten sport od 7 roku życia wcale nie znaczy, że liczę na jego transparentność. Wręcz przeciwnie – jestem przekonany, że ligą rządzi podziemny krąg odpowiedzialny za wymyślanie przewrotnych scenariuszy. Rozmowa z moim źródłem (którego tożsamości podać nie mogę dla jego bezpieczeństwa, ale które jest bezpośrednio związane z żoną matki zawodnika, który kiedyś miał znajomego, który oglądał podobno mecze z udziałem Lebrona na telewizorze sąsiada) utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu.

Mówiłeś niedawno, że liga chce OKC i duelu James-Durant w finałach? Myliłeś się.

Myślałeś, że to sędziowie wydrukowali mecz? Byłeś w błędzie.

Wszystkiemu winien jest Lebron James – król, który w Miami miał zdobyć wszystkie pierścienie, żeby władać pozostałymi niziołkami z zielonych dolin karłowatości. Nie udało mu się, ale mimo to jest głównym dowodzącym NBA, przy którym Silver jest tak nieistotny, że równie dobrze mógłby prowadzić losowanie draftu z tableta jak prof. Gliński.

Moje źródła podają, że Lebron już przychodząc do NBA miał rozpisany w głowie scenariusz, który teraz nam się tworzy przed oczami. Wiem od ludzi bezpośrednio związanych z ligą, że zawodnicy już przy podpisywaniu umowy debiutanckiej wiedzą dokładnie, kiedy się wyoptować, kiedy testować FA, a kiedy podpisywać wieloletnie umowy. Wszystko po to, żeby ich umowy życia przypadały w momencie największego prosperity ligi. Dlatego James wiedział doskonale, żeby decydując się na powrót do domu podpisać dwuletnią umowę (z możliwością wyoptowania się po roku), akurat wtedy, kiedy na 2016 przypada MASYWNY wysyp zawodników na FA (Durant, Howard, Noah, może nawet Bryant jak dożyje). Dodatkowo, po przyszłym sezonie wygasa 8-letnia umowa telewizyjna z NBA oraz, rok później, niedawno podpisane CBA. Opcji jest wiele, ale ta najbardziej prawdopodobna pozwoli pewnie podpisać kosmiczną umowę za sprzedaż praw TV (kiedy w 2007 podpisywaną obecnie obowiązującą umowę była 20% wyższa niż poprzednia), a ta z kolei pociągnie za sobą wzrost salary cap. 10%? 15%? Może nawet w okolicach 20%.

Dla Lebrona to świetna opcja. Mimo, że mówi o obiecuje zostanie w Cavs do końca kariery, nie można tego brać za pewnik. Pokusa stworzenia super drużyny z Durantem (bo z Bryantem i tak nikt nie chce grać, plus w 2016 będzia miał 39 lat i jedynie Knicks będa w stanie dać mu kontrakt większy niż 15 milionów na 6 lat…) może być zbyt wielka, a aktywna potrzebne do ściągnięca KD do Cleveland zbyt małe.

Co wtedy zrobi James?

Czy uważasz, że dalej będzie ze szklącymi oczami przekonywać opinię publiczną o jego bolącym sercu, co noc wykrzykującym krwawe passusy w kierunku rozpaczającego domu w Akron?

Czy sądzisz, że skaże się na koszykarski czyściec bez możliwości zdobycia mistrzostwa tylko po to, aby codziennie rano słyszeć śpiew sąsiada zza okna „Morning’s heree!”

Jest wiele pytań, których nawet boję się zadać, ale które na pewno padną w mojej następnego książce, do której zakupu gorąco zapraszam.

James gra w Cavs. Uwierz w spisek. I nie czytaj komentarza Wade’a na temat decyzji Lebrona. Jeszcze pomoże ci ją zrozumieć i uszanować.

NBA umiera. Pozostały jej dwa lata życia. Deal with it, jak to mówią moi koledzy dziennikarze z Miami.

Z koszykarskimi pozdrowieniami zza oceanu pisał,
Harcin Marasimowicz.

Najczęstsze błędy językowe popełniane przez native speakerów.

baner

Wszyscy uczący się języka angielskiego muszą zdawać sobie sprawę z tego, że jest to jeden z najdynamiczniej zmieniających się języków świata. Każdego roku nowe słowa pojawiają się i odchodzą z użycia, dlatego nie ma możliwości, żeby kiedykolwiek skończyć się go uczyć. Możemy jedynie dążyć do tego, żeby mówić z jak najmniejszą liczbą błędów. Dzisiaj dla odmiany chciałbym przedstawić listę błędów, które najczęściej popełniają Anglicy. Coś w stylu naszego: „wziąść”, „dwutysięczny trzynasty” czy „pod rząd”. Gotowi?

1. Ultimate

Myślisz, że mówisz: o czymś, co jest jedyne w swoim rodzaju, fantastyczne, wyjątkowe, najlepsze

Naprawdę mówisz: o czymś, co jest ostatnim elementem na liście

Ultimate mixtape, czy ultimate compilation są błędnymi sformułowaniami. Jedyne dopuszczalne użycie tego słowa to na przykład: „Buy some sugar, bananas, butter and, ultimately, milk”. Nie ma tu żadnego nacechowania, pozytywnego, czy negatywnego. Po prostu stwierdzamy fakt, że coś jest ostatnie na liście zakupów. Bardzo podobne znaczenie do ultimately ma finally.

2. Conversate

Myślisz, że mówisz: przeprowadzać rozmowę

Naprawdę mówisz: Nic!

Let’s conversate! NIE ma takiego słowa jak CONVERSATE! Angielski zna czasownik converse, jednak nigdy, przenigdy nie można użyć jedynie conversate w znaczeniu to have a conversation. Coś na zasadzie jak nie możemy mówić discuss about

3. Terrific

Myślisz, że mówisz: o czymś, co jest fantastyczne, wyśmienite

Naprawdę mówisz: o czymś, co cię straszy i przeraża

Mało kto używa tego przymiotnika w dobrym znaczeniu. Nawet rozmawiając ze znajomymi native speakerami często spotykam się z określeniem: „It was a terrific game”, co oczywiście skrupulatnie poprawiam i denerwuję swojego interlokutora. Pamiętaj, że terrific movie to horror, po którym boisz się wyjść do toalety bez zapalania światła na korytarzu. Terrific movie  to NIE jest świetny film, który koniecznie trzeba rekomendować!

4. Disinterested

Myślisz, że mówisz: że jesteś znudzony

Naprawdę mówisz: że jest ci coś obojętne

Jak ci się nudzi na lekcjach to jesteś bored albo uninterested.

Jak jesteś disinterested, to lekcje są dla ciebie obojętne i, mówiąc kolokwialnie jak minister Nowak, wisi ci to.

5. Literally

Myślisz, że mówisz: symbolicznie, metaforycznie

Naprawdę mówisz: faktycznie, rzeczywiście

Jak coś jest literally true to znaczy, że jest rzeczywiste, prawdziwe. I haven’t seen him in literally 4 years znaczy, że nie widziałem go od dokładnie 4 lat. Duża część, nie tylko native speakerów, ale i kursantów, będących pod wpływem amerykańskich filmów i seriali, gdzie często pojawiają się błędne wersje, mówią: „I haven’t seen him in literally a million years.” aby użyć hiperboli i zaznaczyć, że minęło strasznie dużo czasu od naszego ostatniego spotkania. Zamiast tego, powinniśmy powiedzieć „I haven’t seen him in FIGURATIVELY million years.” i wtedy nikt się nie przyczepi.

6. Can

Myślisz, że mówisz: że coś jest dozwolone

Naprawdę mówisz: że coś jest możliwe

Zawsze, jak powiesz I can do it! znaczy, że masz fizyczną możliwość (umiejętność) zrobienia czegoś. I can hit my head on the wall ale oczywiście tego nie zrobię. Jak zapytasz mnie Can I open the window? nie zadasz mi pytania: „Czy mogę otworzyć okno” ale „czy potrafię otworzyć okno?” Jeśli czegoś potrzebujesz, albo chcesz zapytać o pozwolenie, używaj słowa may zamiast can. Wtedy na pewno będziesz dobrze zrozumiany.

Pełną listę słów (w oryginale) znajdziecie na stronie artykułu.

Więcej ciekawostek językowych na stronie szkoły.

LeBron jedną nogą w Cavs?

Zawsze zastanawiałem się nad tym, jak to jest być fanem koszykówki, oglądać NBA, ale nie mieć swojego ulubionego klubu i zamiast tego kibicować tylko konkretnemu zawodnikowi. Parę razy spotkałem się z tym podejściem rozmawiając ze znajomymi i nie mogłem się nadziwić, jak coś takiego działa w praktyce. Pomińmy fakt, jak absurdalne byłoby w takim momencie śledzenie kariery Mo Williamsa chociażby i zamiast tego połączmy się w martyrologii z tymi, którzy z sezonu na sezon stali się oddanymi, wiernymi i największymi kibicami Heat. Tymi, dla których nie istniał Haslem i dla których to nie Wade był twarzą drużyny, a James. Bo to, co się teraz dzieje z kolejną „The Decision” Jamesa na pewno musi was zżerać od środka.

Jakkolwiek nie byłbym podekscytowany oglądając Jamesa, Wigginsa i Irvinga w jednym zespole, tak świadomość kolejnego medialnego szumu wokół LeBrona powoli zaczyna mi wychodzić uszami. Decyzja o ewentualnym przenosinach talentów na pewno została już podjęta, teraz pozostają nam trzy dni eskalowania napięcia przez dziennikarzy, blogerów (robię hop! hop! na bandwagon) i znajomych gwałcących moje uszy przez telefon parę razy dziennie. Wojnarowski i jego źródła dodatkowo nie pomagają, bo przyzwyczajony jestem do tego, że co Adrian napisze, za parę dni zamieni się w żółty pasek na tvn24. A wg tego, co Adrian pisze, James jest w tej chwili bliżej powrótu do Cavs.

Dlaczego nie byłby to dla mnie wymarzony powrót? Bo po prostu nie widzę Jamesa wracającego do punktu wyjścia i grającego z uśmiechem dla Gilberta. Po tym, jak skończyła się ich współpraca, kolejne wejście w tą samą rzekę byłoby dla mnie objawem wielkiej hipokryzji Jamesa, który nota bene ustawiając kolejny deadline trzech dni na spotkanie z Heat i ogłoszenie decyzji, po raz kolejny udowadnia, że medialnie trzyma tę ligę w garści i dyktuje warunki (James, nie Gilbert). W świetle Bosha odchodzącego do Rockets, Wade’a liczącego na przeszczep kolan i Allena kończącego karierę, Heat nie są w tej chwili atrakcyjnym miejscem dla Jamesa. Tylko dlaczego znowu muszą być szopki, dramaty i przeciągające się dniami (tygodniami – Melo, miesiącami – Love) negocjacje, spekulacje i castingi drużyn?

Tak na marginesie, po jaką cholerę Melo jeździł po Chicago i Lakers, żeby oglądać drużyny? Organizowanie castingu, żeby zawodnik mógł na własne oczy przekonać się, jak bardzo chcemy go ściągnąć do siebie? Do jasnej ciasnej, przecież on dostanie swoje 19+ milionów za rok grania w naszyh koszulkach, jak mu się to nie podoba, to niech, z przeproszeniem, idzie tyć w inne miejsce, a my znajdziemy kogoś w jego miejsce, jak nie teraz, to w niedalekiej przyszłości. 

* tu miały być jeszcze dwa akapity odnośnie Jamesa w Cavs, ale niepodziewanie (chyba z nadmiaru emocji) obudził się daveknot jr. *

Kolejny news, po którym moje emocje eskalowały zbyt szybko. Ale z roku na rok, co wakacje, FA transformuje się z mojego ulubionego momentu w sezonie w wielkie znaki zapytania, które zamiast zmuszać do błyskawicznego szukania odpowiedzi, zamieniają się w kolejne pytania. Steve Novak przechodzi do Utah – jeden news z podaniem faktów. Twitter milczy, zero emocji. Znowu dochodzi do tego, że żeby nachwilę zapomnieć o zawirowaniach związanych z podpisywaniem nowych umów najlepiej jest przestać marudzić (obiecuję) i zablokować na jakiś czas dostęp do twittera. Sprawdzanie ruchów transferowych raz dziennie (zamiast live) jest chyba dla mnie jedyną receptą na to, żeby nie wstawać z samego rana, widzieć w każdym serwisie twarz Jamesa z tytułem: „LeBron jedną noga w Cavs?” Sam się sobą brzydzę.

O Kiddzie, Bucks i plotkach transferowych.

Zawsze tak jest – im mniej pracy, tym więcej wolnego czasu, a co za tym idzie, komputer idzie w odstawkę. Siedzenie po 10 godzin dziennie na dworze, z dala od ESPN, twittera i NBATV jest potwornie rewitalizujące i pozwala chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich zawirowaniach wokół Melo, Jamesa, Wade i Jasona Kidda. Z drugiej strony mam świadomość tego, że najlepsza część sezonu ucieka mi bardzo szybko między palcami, a ja łapię się na tym, że zamiast na bloga, swoje żale związane z zatrudnieniem Kidda wylewam na niczego nieświadomego syna.

Kidd w Bucks nic a nic mi się nie podoba. Wszsystko chyba przez to, w jaki sposób został zatrudniony. Lasry moim zdaniem zachował się bardzo nieprofesjonalnie odbierając telefon od agenta Kidda i dając się przekonać, że Jason będzie lepszą opcją niż Larry Drew. Nie zapominajmy, że w czasie jak Lasry myślami był już przy szczegółach kontraktu Kidda, Drew miał ważny kontrakt i słowne zapewnienie od nowych właścicieli, że utrzyma pracę. Parę dni potem – JEB! – jak samolot ze spadochroniarzami spada na niego z nieba informacja o tym, że jednak może sobie zrobić dłuższe wakacje i owszem, byłeś fantastycznym trenerem Drew, cenię cię jako osobę, jesteś świetnym fachowcem, to nie twoja wina, to ja, muszę trochę popracować nad sobą i mieć więcej przestrzeni dla siebie, tak wiec, sam wiesz co teraz będzie, życzę ci powodzenia na nowej drodze życia. And shit.

Potem Kidd pojawia się na długo oczekiwanej konferencji i przez mniej niż 15 minut robi nam odtworzenie konferencji prasowej Tuska, tylko że zamiast przed taśmami, ucieka przed tematem Blooklynu i Nets. Pytań pada masa, odpowiedzi są zawsze te same: „Jak patrzę na siebie, to widzę trenera”. Obok Kidda siedzi Hammond, człowiek, który teoretycznie powinien pociągać za kadrowe sznurki w Bucks i tylko świeci oczami, nie wypowiadając imienia nowego trenera ani razu. Dlaczego? Bo o jego zatrudnieniu dowiedział się podobno w ostatniej chwili, kto wie, czy nawet sam Drew go o tym nie poinformował, jak stracił pracę. To wszystko jednak nie przeszkodziło Hammondowi w powiedzeniu, że „ostatnie cztery dni były wyśmienite dla Bucks”. Owszem, były bardzo dobre – głównie jednak dlatego, że po raz pierwszy od kilku sezonów trendujemy gdzie tylko się da i w końcu robi się o nas nieco głośniej niż do tej pory.

Czy Kidd będzie dla Bucks dobrym trenerem? Ciężko teraz jednoznacznie stwierdzić, jak trener z tak małym doświadczeniem poradzi sobie z grupą zawodników z równie małym stażem w lidze. Nie ukrywam, że mimo niesmaku, jaki zbudził we mnie sam sposób zatrudnienia Kidda, jestem podekscytowany świadomością tego, że czeka nas znowu coś całkowicie nowego. Kidd ma parę asów w rękawie, które będzie mógł dowolnie testować w Milwaukee, ale nie okłamujmy się, zdaję sobie sprawę z tego, że Milwaukee jest tylko krótkim przystankiem w karierze Kidda. Przystankiem, który Jason będzie pewnie chciał wykorzystać jako sposób na wypromowanie swojej osoby i pokazania, że jest w stanie zapanować zarówno nad drużynami naszpikowanymi przestarzałymi i przepłaconymi gwiazdami, jak i nad drużyną, która jest świeżo po najgorszym sezonie w historii. Dodatkowo nieco martwi mnie to, jak w nowym systemie Kidda poradzi sobie Parker.

Co jeszcze się dzieje ostatnio w Bucks? Praktycznie nie istniejemy w FA i wszystko na to wskazuje, że w James i Melo jednak nie będą zakładali w przyszłym sezonie strojów z rogami na klacie. Boję się za to rozmów transferowych, które podobno trwają. Marc Stein niejednokrotnie pisał, że jesteśmy zainteresowani Jeremy Linem. Hammond dodatkowo powiedział, że podoba mu się jako zawodnik, ale nie podoba mu się jego 15 milionów kontraktu (swoją drogą, jak to się stało, że do kontraktu, który opiewa na 9 milionów Lin dostanie w tym roku dodatkowe 6 baniek?) Mi nie podoboda się ani jedno, ani drugie i mam nadzieję, że z wymianą z Houston nie będziemy mieli nic wspólnego.

O wiele bardziej podoba mi się druga plotka, w której czytamy, że po raz kolejny staramy się o ściągnięcie Bledsoe’a i jego wartego 6,5 milionów kontraktu do Milwaukee. W razie fiaska, będzie to drugi offseason z rzędu, gdzie dstaniemy policzka od samego zawodnika i jego agenta i pewnie już definitywnie będzie można o nim zapomnieć. Zdrowy Bledsoe byłby jednak świetnym wzmocnieniem naszego backcourtu i olbrzymią szansą na pogonienie w cholerę Knighta. Bledsoe + Wolters to para, która bardzo, bardzo by mi odpowiadała.

Trzecia plotka i kolejna któej nie rozumiem, to chęć ściągnięcia Vasqueza. Po jaką cholerę nam zawodnik, który praktycznie jest minimalnie lepszą kopią Woltersa? Boję się, że w grę wchodzi snt z udziałem Knighta i Woltersa, po to, żeby nasz backcourt miał stanowić Bledsoe i Vasquez. A moim zdaniem na tym etapie, pozbywanie się kogokolwiek z trójki Wolters, Giannis i Henson byłoby szczytem szaleństwa.

Boli mnie trochę to, że początkowy entuzjazm związany z Lasrym i Edensem na czele Bucks, który potem cudownie przerodził się w jeszcze bardziej i zupełnie inaczej pobudzający draft z udziałem Mallory Edens, powoli zaczyna się zamieniać w starą, niezbyt dobrą karuzelę. Raz jestem na szczycie podniecenia, bo udaje nam się wylosować Parkera, potem znowu zbiera mi się na wymioty, jak czytam plotki związane z Linem i Vasquezem. W między czasie czuje w buzi kapcia po tym, jak zaliczam mini vomita przy okazji zatrudnienia Kidda. Tak sobie myślę, że to jest chyba fenomen bycia kibicem Bucks. A prawdziwa zabawa dopiero przed nami.