15/13/13 Goodena i 14-18 z gry Salmonsa? Poważnie?

Cavs @ Bucks 101 – 108

Zanim to przeczytacie to przypomnijcie sobie, że był to mecz między (teoretycznie) dwoma najgorszymi ofensywnie drużynami w lidze. A, jak na złość, kiedy nie ma już żadnych szans na playoffy, Bucks wygrały drugi mecz z rzędu, pokazując jedną z lepszych koszykówek w tym sezonie.

Gdyby tylko Gooden mobilizował się do gry na poziomie triple-double przeciwko każdym swoim byłym drużynom, to mielibyśmy z 20 zwycięstw więcej. Dzisiejszy mecz na poziomie 15 punktów, 13 zbiórek i 13 asyst był zaskoczeniem dla samego zawodnika, który po spotkaniu przyznał się, że 13 asyst udało mu się zanotować może raz, kiedyś na treningu, jak bawił się w udawanie Magica Johnsona. Jest w tym sporo racji, które potwierdzają statystyki. Przed tym spotkaniem Drew rozegrał 32 spotkania w barwach Bucks i dokładnie w połowie z nich (16) nie notował ANI JEDNEJ asysty. W kolejnych 9 meczach miał JEDNĄ. W 3 udało mu się rozdać DWA kluczowe podania, a poza tym dwa razy miał TRZY asysty i raz CZTERY. Tak więc oglądanie go w drodze do 13 asyst w 37 minut było czymś prawdziwie wyjątkowym.

Poza tym miałem niecodzienne odczucie, że Bucks grali ten mecz z fantastycznym spokojem i luzem. Można się tylko zastanawiać, co by było, gdyby przez cały sezon udawało im się tak rozgrywać piłkę, dzielić się szybkimi touch passami i zmuszając obronę do ciągłego ruchu. Do tego jeszcze doszła obrona Mbah a Moute na Hicksonie, który meczów z Bucks nigdy nie zaliczał do udanych – w trzech meczach w tym sezonie notował średnio 2,7 punktów na 22% skuteczności z gry. Dzisiaj nie było lepiej, chociaż co prawda double double udało mu się uzbierać (11pkt, 12 zb).

Na koniec muszę pochwalić Salmonsa, mimo, że sprawia mi to wielki ból. Był dzisiaj niesamowity! Fenomenalny! W końcu rozgrzany do granic możliwości! 14-18 z gry w drodze do 32 punktów? 0 strat w 40 minut? Clutch shot na 1:24 przed końcem meczu po którym wyszliśmy na prowadzenie 99-95? Poważnie mówimy o tym samym zawodniku, który zawalił większość końcówek spotkań na styku w tym sezonie? Przecierałem oczy ze zdumienia patrząc na to, jak kolejny jumper znajduje bez problemu drogę do kosza. Dzień konia w pełnym tego słowa znaczeniu.

Czy te ostatnie dobre mecze Bucks po raz kolejny dają złudną nadzieję na przyszły sezon? Być może i tak. Ale cały czas staram się wychodzić z założenia, że lepsze złudne nadzieje, niż kompletny brak perspektyw.

Zapowiedź: Bucks @ Pistons

Detroit przerwali ostatnio serię 4 porażek z rzędu wygrywając 116 – 109 z Nets. Do składu wrócił już Stuckey, który po tym jak odmówił wejścia na parkiet, został zawieszony na dwa kolejne spotkania. Z New Jersey miał 22 punkty i 10 zbiórek. W Detroit żyją już głównie wiadomością o zmianie właściciela, odkąd poszła w świat oficjalna wiadomość, że miliarder Tom Gores doszedł do porozumienia z Karen Davidson, wdową po Billu Davidsonie i przejmie kontrolę nad drużyną.  Na przeszkodzie nie stanęła nawet średnio przyjemna wizja lockoutu.

Dziwna historia w tym sezonie dzieje się z Hamiltonem. Raz nie grał przez miesiąc tylko po to, żeby potem zdobyć 15 punktów w wygranej nad Milwaukee 5 lutego. Potem znowu nie powąchał parkietu do 1 marca, kiedy wystrzelił 17 rzutów i trafił tylko 4, znowu w meczu z Bucks. W środowym meczu z NJN wyszedł w pierwszej piątce, zdobył 25 punktów, miał 9 asyst i 5 zbiórek.

Niestety, w meczu na pewno nie zagra Bogut, który już oficjalnie zakończył sezon. Klub zdecydował się skierować go na kolejną operację łokcia, który już od kilku dni mocno dokuczał naszemu centrowi. Jest to o tyle fatalna wiadomość, że nie wiadomo, kiedy Andrew wróci – w Milwaukee trzyma się już kciuki za tym, żeby był krótki lockout, dzięki któremu Bogut nie straciłby początku sezonu. Co więcej, mając na uwadze jeszcze 3 lata jego kontraktu, zaczynam się powoli bać, czy jego łokieć nie będzie dla Kozłów tym, czym przez lata było kolano Redda…

W dotychczasowych pojedynkach Bucks wygrali 117 razy przegrywając 96, jednak na własnym parkiecie Pistons są lepsi 62-45. Do tego Tłoki wygrały z nami 2 z 3 meczów w tym sezonie i 8 z ostatnich 11 pojedynków.

Warto też zwrócić uwagę na to, że spotykają się dzisiaj dwie „potęgi”:

1. Pistons pozwalają przeciwnikom rzucać na prawie 49%z gry, co jest najgorszym wynikiem w lidze, z kolei

2. Bucks rzucają z najgorszą w lidze skutecznością 43% z gry.

Zapowiada się pasjonujący pojedynek…

Bezpłciowi Celtowie i szarżujące Byki

Celtics @ Bulls 81 – 97

Kiedy wstaję przed 6 rano żeby obejrzeć mecz Bucks, nastawiam sobie jako dźwięk budzika refren Glorii Gaynor „I will survive” , żeby mieć jakieś wsparcie mentalne przed meczem. Kiedy z kolei wiem, że rano będę zaliczał mecz Chicago, budzą mnie dźwięki z jednych z najwspanialszych prezentacji w historii ligi. Poważnie, jak jeszcze nie macie tematycznych budzików, to odróbcie zadanie domowe, pościągajcie kilkanaście sekund piosenek kojarzących się z zespołem, który będziecie oglądać w nocy, a gwarantuje Wam dodatkowe emocje. Go!

[czytaj dalej]

Zabieramy nasze talenty do Milwaukee!

Bucks @ Heat 90 – 85

Kiedy w połowie meczu z Heat zobaczyłem, że Indiana niszczy Waszyngton całkowicie eliminując Bucks z playoffów, zacząłem się bać o wynik meczu w Miami. I nie wiem, czy nikt nie przekazał chłopakom złych wieści, czy po prostu byli z siebie wydusić dodatkowe pokłady motywacji i energii na pokonanie Heat.

Dziwnie mi się to pisze, ale od samego początku meczu Kozły grały z Miami swoją koszykówkę. Narzucili powolne tempo gry (65 punktów Miami na 11 minut przed końcem, 85 w całym meczu), doskonale bronili i jeszcze lepiej poruszali się w ataku (!!) Tak! w ATAKU! Pierwsza kwarta była wręcz popisem agresywnej, ofensywnej koszykówki rodem z Milwaukee – doskonale dzieliliśmy się piłką, świetnie graliśmy bez piłki (szczególnie kawał dobrej roboty wykonał Mbah a Moute zabiegając Bosha na śmierć i bezczelnie mijając go na pierwszym kroku). Dużo ruchu powodowało wiele zamieszania  w defensywie Żarów, co w połączeniu z dobrym czytaniem obrony i cierpliwą wymianą podań dało rzadko spotykaną 52% skuteczność z gry w pierwszej kwarcie.

Wszystko padło w drugiej, kiedy Heat postawili strefę, zacieśnili środek i jeszcze bardziej zwolnili grę. Bucks nie mogli już mijać po koźle, zaczęli szarpać grę i odpadać same trójki (które oczywiście nie wpadały) co pozwoliło graczom Miami wyjść na 7-0 run, i to w dodatku bez Jamesa. Kozły w tym okresie trafiły tylko 2 z 12 rzutów i tylko dwa razy powędrowali na linię rzutów wolnych.

Od tego 7-0 zaczął się prawdziwy festiwal runów. Od stanu 53-53 Bucks zdobyli 8 punktów z rzędu, tylko po to, żeby później w trzeciej kwarcie stracić 10 punktów pod rząd. Czwarta kwarta to do ostatnich 2 minut walka punkt za punkt, dopóki nie obudził się Delfino, który ze stoickim spokojem trafił dwie cholernie ważne trójki.

1. Co prawda Carlos Delfino zagrał przeciętny mecz (w pierwszej połowie był wręcz fatalny), ale ta trójka z rogu boiska na 24 sekundy przed końcem była POTĘŻNA! Dzięki temu Kozły po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mogli w końcówce meczu skupić się na obronie (w której są dobrzy), a nie na ataku (w których są tragiczni).

2. Corey Maggete, na którego ostatnio trochę narzekałem wniósł z ławki też gigantyczną porcję energii. Pomijam już zdobycie 14 punktów na tylko 7 rzutach, ale zwróćcie uwagę na to, że miał AŻ trzy asysty! Fakt, momentami zasysał się do piłki jak to ma w zwyczaju, ale ogólnie zagrał bardzo dobre spotkanie, męcząc obronę Heat ciągłymi penetracjami i skutecznie wykorzystując wszystkie sześć wolnych.

3. Jest jeszcze Mbah a Moute, który nie dość, że zaczął od szybko zdobytych 10 punktów przy Boshu w pierwszej kwarcie, to jeszcze znowu był najlepszym garbage manem na parkiecie. Doskonale grał bez piłki i jak zwykle dostarczył kilka dobitek, pojawiając się koło obręczy nie wiadomo skąd. Poza tym kilka razy udało mu się zatrzymać Jamesa w momencie, kiedy chciał całkowicie przejąć kontrolę nad meczem.

4. Pomeczowa ciekawostka – od przerwy na Mecz Gwiazd, Bucks zdobyli do tej pory o 1 (jeden!) punkt więcej niż przeciwnicy. Zdobyliśmy 2099 punktów, a straciliśmy 2098…

5. Bucks, którzy średnio zdobywają 35,5 punktów z pomalowanego, dzisiaj zdobyli aż 42 punkty spod kosza. Udało się to nie tylko ze względu na obecność Boguta, ale przede wszystkim przez doskonałą grę piłką i szybkie, udane penetracje obrońców.

6. Nie cieszę się, że Bucks są już poza playoffami, ale cieszę się, że jest to PIERWSZY mecz Kozłów, który widziałem od dawna (może nawet od początku roku), w którym dało się na nich patrzeć bez wyraźnego grymasu na twarzy. Gdybym miał kiedyś wytłumaczyć komuś, dlaczego ich lubię, mógłbym pokazać im pierwszą kwartę tego meczu, gdzie grali szybką, zespołową i skuteczną ofensywę. Teraz poważnie, jak macie wolne 20 minut, włączcie ILP i obejrzyjcie naprawdę ładną koszykówkę (jak na Bucks).

7. LeBron James stał się dopiero 2 zawodnikiem w historii (obok Oscara Robertsona), który w jednym roku zdobył ponad 2000 punktów, 500 asyst i 500 zbiórek. Birdowi udało się to 3 razy w karierze, a Jordanowi i Havlickowi 2.

8. Mike Miller i Joel Anthony stali się pierwszymi rezerwowymi od czasów Matta Geigera i Rony’ego Seikaly, którzy wchodząc z ławki zebrali ponad 10 piłek na łebka. Ostatni raz podkoszowym Clippers udało się to 8 stycznia 1994 roku.

Zapowiedź: Bucks @ Heat

1. Mecz może być ciekawy tylko jeśli lubi się kolejne rekordy Lebrona. James potrzebuje bowiem tylko 2 punktów, żeby przekroczyć barierę 2000 punktów zdobytych w jednym sezonie – stanie się tym samym dopiero 8 zawodnikiem w historii, który przekroczył tą barierę siedmiokrotnie. Dodatkowo, w wieku 26 lat, stanie się najmłodszym graczem w zaszczytnym gronie (oprócz niego są tam: Abdul-Jabbar, Chamberlain, Jordan, Alex English, Karl Malone, Oscar Robertson i Dominique Wilkins – Kobe Bryant potrzebuje zdobyć w sumie 85 punktów w 6 meczach, żeby też dołączyć do tego koszyka  „siedmiorazowców”).

2. Heat tego meczu nie mogą zlekceważyć, bo ciągle walczą z Celtami o numer drugi na wschodzie. Większym problemem niż wygrana jest na pewno zdrowie Wade’a, który z powodu lekko zbitego uda nie brał udziału w ostatnich treningach (jednak najprawdopodobniej wyjdzie w pierwszym składzie).

3. Bucks przekroczyli barierę 100 punktów tylko dwa razy w ostatnich 8 meczach, ale też nie pozwolili nikomu rzucić +100 punktów. Z drugiej strony, Heat rzucają 100 lub więcej punktów w 8 z 9 spotkań (jedyna wtopa miała miejsce w meczu z Cavs).

4. Znalezione świetne zdanie na forum Bucks: „Heat bronią fantastycznie, dopóki na parkiecie nie ma Bibby’ego. Z Bibbym w składzie, Heat są tak dobrzy w obronie, jak Bucks w ataku.”

5. I ciekawostka, która może się przydać – Heat wygrali w tym sezonie aż 14 meczów różnicą +20 punktów. Druga drużyna w lidze, Lakers, zmiażdżyła przeciwników tylko 10 razy.

6. Ktoś chociaż przez moment pomyślał o tym, że Bucks mogą ten mecz wygrać?

Mecz brzydszy niż Jocelyn Wildenstein

Bucks @ Magic 72 – 78

Po raz kolejny udało mi się zobaczyć coś, co śmiało mogłoby kandydować do najbrzydszego meczu sezonu. Ba! Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w pierwszej 10 znalazłoby się 10 meczów z udziałem Bucks. Dzisiaj bowiem znowu byłem świadkiem tego, jak fatalny atak jednej drużyny może pociągnąć w drastycznym tempie ofensywę przeciwników.

Zaczęło się od bardzo mocnego uderzenia Magic, którzy wyszli błyskawicznie na prowadzenie 14-0. Po pierwszych pięciu i pół minutach, Bucks nie trafili żadnego z 8 rzutów, doprowadzając nawet do dziwnej sytuacji. Zaraz jak Kozły straciły 14 punkt z rzędu, Turkoglu wymownie spojrzał na Skilesa i wzruszył lekko ramionami, a jego oczy zdawały się pytać „weźmiesz czas czy nie?” Po krótkiej przerwie niewiele się zmieniło – Bucks zdobyli swoje pierwsze punkty z gry  (Dooling za trzy) dopiero na 2:14 przed zakończeniem pierwszej kwarty (wcześniej punktowali, ale albo z wolnych, albo po dwóch goaltendach).

Kiedy zaczął się pościg, można było zobaczyć główne powody porażek Bucks w tym sezonie – kretyńskie straty i bezsensowne akcje. Kilka przykładów:

(1) przy stanie 32-39 van Gundy dostaje swojego 9 technika w sezonie, a Jennings trafia wolnego na 33-39. Turkoglu nie trafia trójki, Bucks zbierają, ale milion kilometrów od akcji Sanders próbuje zrzucić z siebie Howarda tak sugestywnie, że odgwizdują mu faul. W kolejnej akcji Howard popisuje się rzadkim dla siebie airballem spod samego kosza, idzie błyskawiczna kontra Bucks (nie wierzę, że to napisałem), ale Mbah a Moute nie trafia reversa spod obręczy (i mogłoby być gładko 37-39).

(2) Strata, która na dobrą sprawę spowodowała, że Kozły przegrały ten mecz. Na minutę przed końcem przy 2 punktowym prowadzeniu Magic, Bogut wyprowadza piłkę spod kosza, Jennings niepotrzebnie jej nie łapie, żeby nie trafić sekund, a w między czasie zza pierwszego rzędu kibiców wybiega z popcornem Nelson, który przechwytuje podanie, klepie przez 20 sekund, a w końcówce akcji Turkoglu popisuje się swoim klasycznym stepbackiem i trafia w ostatniej sekundzie akcji (i tak dobrze, że nadepnął stopą na linię i rzut był za dwa).

(3) 40 sekund do końca, Jennings szybko rzuca za trzy i oczywiście nie trafia, potem Magic nie kończą swojej akcji i zamiast szybko starać się niwelować 4 punktową stratę, Bucks szukają rzutu przez 15 cennych sekund aż w końcu cegłę odpala Jennings na 7 sekund przed końcem (muszę pisać, ze nie trafił?) Zbiera Howard, jest faulowany, trafia dwa wolne i kończy mecz.

1. Kilka luźnych uwag jak zwykle. Jak  Bucks mają mieć pożytek z Maggettego, który najlepiej czuje się w open courcie, kiedy prawie nigdy nie grają szybkich ataków? Jak tylko Corey dostaje trochę wolności i pozostali gracze łaskawie rozciągają parkiet, to od razu widać efekty. Jest wtedy albo penetracja i punkty, albo penetracja i 2+1, albo penetracja i faul, albo (jak to miało często miejsce w tym meczu) penetracja i pudło.

2. Drew Gooden był w tym meczu największych cwaniakiem i kozakiem. Już pomijam jego 18 punktów z ławki i to, że momentami był praktycznie wszędzie, ale wykorzystywał każdą sytuację do wymuszenia nawet najmniejszego faulu. Dwa razy udało mu się naciągnąć Bavettę na and1 – raz wyciągnął Howarda w górę w ostatniej sekundzie połowy i dostał trzy osobiste, potem z nieprawdopodobnej sytuacji najpierw wyprowadził w pole Bassa, TRAFIŁ cegłę z rogu boiska i dodał jeszcze wolnego. Oprócz tego, że nie radził sobie z Howardem pod koszem (ale kto sobie daje z nim radę), miał kilka niezłych akcji w obronie i dostarczył Kozłom potrzebnej energii z ławki.

3. Widzieliście, że Magic oddali 21 trójek i trafili tylko 2? Widzieliście też, że mieli 21 strat? Powiedzcie mi, w jaki sposób… inaczej – powiedzcie mi jak słaba musi być drużyna, która nie potrafi wykorzystać tak fatalnej dyspozycji przeciwników? Szybka odpowiedź? Ktokolwiek? Ok, spróbujmy może przyjrzeć się i porównać występ pierwszych piątek. Starterzy Bucks mieli 11/45 z gry! 24%!! To nawet jak się napisze z shiftem wygląda jak najwulgarniejsze przekleństwo świata: @$%! Podstawowi gracze Orlando zdobyli 68 punktów – podstawowe Kozły aż 40 mniej! Brak dalszego komentarza.

4. Jennings i Bogut zagrali chyba najgorszy mecz od czasów kiedy grają razem w drużynie. Jennings nie radził sobie na zasłonach, unikał (bardziej niż zawsze) kontaktu w ataku i w rezultacie decydował się na desperackie floatery, które zabijały się albo na obręczy albo wybijały okna. Nie ma co też szukać usprawiedliwienia dla fatalnego rozgrywania Jenningsa – 3/15 z gry a do tego 5 strat i jedna asysta (chociaż gdyby nie krzywe ręce Mbah a Moute’a, miałby ze 3 asysty więcej).

A Bogut wyglądał na zmęczonego już po jump ballu. Nie wiem po co Magic go podwajali w pierwszej kwarcie, bo nawet gdyby stał wolny pod koszem, nie byłby w stanie zakończyć akcji punktami. Nic tak dobrze nie podsumowuje jego fatalnego meczu jak sytuacja, kiedy odgwizdano mu czwarty faul po tym, jak Howard dosłownie rzucił nim o parkiet jak brudną ścierą.

Nie wiem, czy coś jeszcze chcę dodać do tego meczu. Był tak brzydki, że dwa mecze po których znienawidziłem koszykówkę, wydawały się być koszykarskimi dziełami sztuki. Z resztą, obejrzyjcie sobie recap i spróbujcie nie zasnąć.

Bill Simmons o Bucks

Bill Simmons w kilku zdaniach podsumował mijający sezon Bucks w charakterystyczny dla siebie sposób. Szybkie tłumaczenie:

„Bucks ściągnęli do siebie mocno przepłaconego Corey’a Maggette (który na papierze jest wydajnym strzelcem, pod warunkiem, że nigdy, przenigdy nie zdecydujecie się na oglądanie go na żywo), przepłacili Drew Goodena (dobrego zbierającego i skutecznego strzelca, który też od 2000 roku jest posiadaczem rekordu w kategorii „zawodnik, przez którego trener najczęściej wywracał oczami, jak tylko spojrzał na tablicę wyników”), a do tego zadbali o Johna Salmonsa, który jak zwykle po podpisaniu nowego kontraktu, gra fatalnie. Wszystko zdawało się mieć sens na papierze.

Ten skład grałby dobrze, gdyby to był baseball. Ale to jest koszykówka, sport, w którym  po pierwsze pięciu kolesi musi się dobrze ze sobą zgrać (proces, który wykracza znacznie poza statystyki), a po drugie, musi im jeszcze zależeć dobrym wyniku drużyny. Kiedy tylko sezon się zaczął, wszyscy sobie przypomnieli, że:

[A] musi być powód, dla którego nikt nie lubi grać z Maggettem (w zasadzie nawet dwa powody – nie podaje i jest czarną dziurą w ataku),

[B] musi być powód, dla którego Gooden grał w 47 drużynach w ostatnich 9 latach,

[C] nigdy nie chcesz zapewnić swojemu nie-allstarowi, który ma 30 na karku jego ostatniego dużego kontraktu w karierze (nie przypadkowo statystyki Salmonsa spadły z 20 punktów i 47% z gry przed podpisaniem umowy do 13 punktów i 39% z gry w tym sezonie).

Co jest naprawdę zastanawiające to fakt, że od kilku lat Sam Presti pokazuje wszystkim GMom w lidze, jak powinno się zarządzać małomiasteczkowym zespołem.

– Budować go bazując na drafcie.
– Trzymając wolne miejsce w salary cap (aby w razie czego można było zrobić drobny transfer, który przyniesie kolejny wybór w drafcie).
– Nie płacić grubej kasy weteranom, którzy nie są allstarami.
– Nie przepłacać własnych zawodników, jeśli nie są najważniejsi w drużynie.

I najgorsze jest to, że przez pewien czas John Hammond trzymał się tego schematu. Przez ostatnie dwa lata! Co nagle pokusiło go do ściągnięcia Maggettego, Salmonsa i Goodena? Czy wszyscy GM w lidze powoli odchodzą od zmysłów? To tak jak kupowanie jednej książki na Amazonie, kiedy oprócz niej dorzucamy do koszyka kilka Blue-Ray’ów i nawet jak za nie płacimy to zastanawiamy się „Co się dzieje? Dlaczego ja to kupuję?”

Jak zwykle, nie można się z Billem nie zgodzić.