Larry Sanders blokuje LA

Miało być samo wideo, ale naszła mnie taka szybka uwaga.

Bucks póki co grają praktycznie bez wykorzystywania drugiego środkowego. Bardzo dobrze, bo teoretycznie drugim środkowym powinien być Brockman. A Jon nie jest przecież taki tragiczny – ma wygląd dorodnego, brodatego drwala, który przez zbyt długie przebywanie ze sztywnymi kłodami sam się w jedną zamienił. Blokować co prawda nie potrafi (0 w tym sezonie), ale za to jest liderem NBA w ilości strat/posiadanie piłki – 30% akcji w których dotyka piłki kończy się stratą…

Na ławce siedzi i czeka Sanders, który ma szybkość i nieporównywalnie lepsze warunki fizyczne niż Brockman. Do tego przez kilka krótkich chwil spędzonych na parkiecie zdążył zaliczyć już 4 bloki (3,8 na 36 minut jakby ktoś potrzebował krótkiej próbki). Na Bucksketball przeczytałem świetne porównanie: Brockman jest jak zwykła kanapka z szybką, natomiast Sanders jak ciepły i chrupiący tost z szybką, serem i pieczarkami. Niby trzeba dłużej przygotowywać i nie da się tego jeść codziennie, ale jak już się uda, to jest cholernie smaczną przekąską. Innymi słowy, póki co nie ma co oczekiwać, że Sanders będzie w każdym meczu grał na wysokim poziomie. Jeszcze będzie popełniał proste błędy, gubił w głupi sposób piłkę i podcinał przeciwników (jak w ostatnich sekundach powyższego filmiku). Ale prawda jest taka, że kiedy Sanders jest na boisku, Bucks grają o wiele lepiej, niż kiedy Bogut jest zmieniany przez Brockmana.

I na szczęście Skiles odpowiednio wcześnie zdał sobie z tego sprawę.

Redd chce niedługo wrócić!

Michael Redd w końcu przestanie tylko rozdawać bezdomnym 150 obiadów na Święto Dziękczynienia i zacznie trenować (a tak na marginesie, albo w nawiasie, Redd rozdaje te obiady już od 8 kolejnych lat i podobno jest to zwyczaj, który zapoczątkował jeszcze Ray Allen jak grał w Milwaukee.) Ale wracając  do ważniejszych spraw – lekarze w końcu dali Michaelowi zielone światło do normalnych treningów po raz pierwszy od 10 stycznia tego roku. Michael już wychodzi na parkiet i oddaje pierwsze rzuty, oficjalnie ma zakończyć indywidualne treningi w styczniu, tak, aby w lutym dołączyć już do drużyny.

Nikt w klubie jednak nie komentuje ewentualnego powrotu Redda do składu. Po tym, jak leworęczny obrońca stracił kolano najpierw w 2009, a potem prawie dokładnie rok później odnowił tą samą kontuzję, nikt nie spodziewał się zobaczenia Michaela na parkiecie. Przynajmniej nie w barwach Bucks, gdzie za leczenie kontuzji dostaje ponad 18 milionów rocznie (na szczęście już ostatni rok kontraktu).

Michael też doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji postawił Bucks (oczywiście nie ze swojej winy). Dlatego jasno daje do zrozumienia, że dopóki ma ważny kontrakt i dopóki jest dumny z bycia Kozłem, dopóty będzie deklarował chęć jak najszybszego powrotu na parkiet. „Zdaję sobie sprawę z tego, że kontuzje będą zawsze jednym z głównych tematów do rozmowy na mój temat. Nawet lekarze już niejednokrotnie mówili, że nigdy nie będę w stanie wrócić do poprzedniego stylu grania w 100%. Prawda jest jednak taka, że ja nie potrafię zrezygnować. Kocham tą grę i marzę o tym, żeby jeszcze regularnie zakładać na siebie strój Bucks.” – tak całą sytuację komentuje 31 letni obrońca, którego Milwaukee wybrali w drafcie z odległym, 43 numerem.

Osobiście dziwię się, że Redd chce wrócić. Może to zabrzmieć strasznie, ale Bucks radzą sobie o wiele lepiej bez niego. Mimo całej sympatii do Michaela, zastanawiam się, czy pozwolenie mu powrócić do składu nie byłoby czynnikiem, który nieco (mocno?) rozwali zespół od środka. Redd nie jeździ z zawodnikami na mecze, nie trenuje i nawet widuje się z nimi sporadycznie (co jednak nie było życzeniem Redda, ale oficjalną prośbą ze strony zarządu klubu). Życzę mu oczywiście jak najlepiej, ale chyba nie w tym klubie – albo przynajmniej nie w takiej roli, jaką miał do tej pory. Wydawanie gigantycznych pieniędzy na leczenie kontuzji dodatkowo uszczupla budżet klubu i mam nadzieję, że pod koniec sezonu nie będzie żadnych sentymentów. Reddowi należy się wyjątkowe pożegnanie, z przygaszanymi światłami na hali i pianą i głośnymi oklaskami i wszystkimi bajerami. I może jakieś kurtuazyjne wybiegnięcie na parkiet od czasu do czasu w meczu, gdzie już nic się nie zmieni. A w playoffach ewentualnie może dzielić się doświadczeniem z młodszymi zawodnikami.

Z przykrością kończę mówiąc, że jako fan Bucks nie chcę widzieć jego fatalnej obrony, egoistycznego klepania, gigantycznie przepłaconego kontraktu, malejących umiejętności rzutowych, częstych strat i ciała, które w karierze było obite pewnie kilkukrotnie mniej niż Jenny Jameson, a które jednak zdecydowanie bardziej się połamało.