Bucks

Lepiej, ale wciąż w plecy z Bostonem (1-4)

Z lekkim opóźnieniem, ale dopiero co udało mi się obejrzeć mecz w spokoju. Całe spotkanie biłem się z myślami nt. tego, jak można jednocześnie lubić i nienawidzić drużyny. Cała agresja oczywiście skierowana była w kierunku graczu Bostonu. Przy okazji finałów z Lakersami, wydawali się być starymi kolegami z piaskownicy. W meczu z Bucks, wkurzali mnie bardziej niż Miś Tuliś z Toy Story 3.

Oczywiście, to nie ich wina, że nie dali się przegonić. To też nie ich wina, że Salmons dalej rzuca na moim poziomie (3/10) i że udało nam się wygrać tylko jeden z pierwszych pięciu meczów. Ich wina polega tylko na tym, że wygrali 3 punktami z moją ulubioną drużyną…

1. Bogut mnie bardzo pozytywnie zadziwił. Zaczął od pięciu pudeł i kiedy myślałem że się złoży na środku parkietu i przestanie grać, pokazał coś, czego dawno u niego nie widziałem. Dzięki dobitkom na atakowanej tablicy udało mu się przełamać i w końcu zaczął też grać skutecznie tyłem do kosza. Mecz zakończył trafiając w sumie 8 z ostatnich 12 rzutów (ale w sumie nie zadziwił skutecznością – trafił 1/7 z półdystansu i 7/10 spod samego kosza). Co więcej, często wyglądało to tak, jakby sam walczył na deskach przeciw wszystkim podkoszowym Bostonu. W sumie miał 13 z 42 zbiórek Kozłów – 31% wszystkich zbiórek. Warto też przypomnieć sobie sytuację, która miała miejsce w 2008 roku, również w meczu z Bostonem. Wtedy Bogut został wyrzucony z boiska za drugiego dacha po przepychankach i pyskówkach z Garnettem (a dokładniej po tym, jak Garnett wymierzył liścia sprawiedliwości w twarz Australijczyka, a ten nie pozostał dłużny i rzucił się na skrzydłowego, którego wielu tak kocha nienawidzić.) Teraz było nieco inaczej, ale też zakończyło się technicznymi dla obu zawodników:

2. Carlos Delfino znowu zagrał dobre spotkanie, mimo, że trafił tylko jedną trójkę i miał 5 strat (z czego jedną potwornie kosztowną, która teoretycznie zamknęła szansę na wygranie meczu w dogrywce). Grał jednak zupełnie inaczej niż w poprzednich spotkaniach – o wiele częściej brał się za rozgrywanie i zdecydowanie więcej kozłował na obwodzie na rzecz penetracji. 7 asyst, które udało mu się nazbierać w spotkaniu, to póki co jego rekord sezonu.

3. Oglądając mecz znowu łapałem się za głowę przy prawie co drugim rzucie Bucks spod kosza. Po raz kolejny udało nam się trafić tylko 18/32 rzutów spod obręczy. 56%!!! Dla porównania Celtics trafili 17/24 (71%). Najgorzej to wyglądało oglądając naszych obrońców: Jennings miał 2/4, Delfino 3/6, Salmons solidne 0/2, a Maggette 0/1. Dla porównania Rondo 4/6, Allen 2/4, Pierce 5/6.

4. Dużym plusem była na pewno intensywność w defensywie. W końcu grali jak stare dobre Kozły z minionego sezonu – Rondo był cały czas krótko trzymany i mimo imponujących 15 asyst, udało się też wymusić rekordowe w tym sezonie 6 strat. W końcu nie było też sytuacji, że pojechał nas jeden zawodnik – Celtowie musieli naprawdę wejść na swoje wyżyny, żeby wygrać to spotkanie.

5. Szkoda, że Mbah a Moute nie dostał więcej minut. Podobnie z Doolingiem. Jeśli chodzi o tego pierwszego, to od początku sezonu prezentuje naprawdę solidną grę w obronie i pokazuje, że jako zawodnik od brudnej roboty sprawuje się znakomicie. Myślę, ze Luc mógłby się bardziej przydać, niż Gooden.

6. Ogólnie cieszę się, że ta porażka była przynajmniej ładna i honorowa. Nie zagraliśmy tak, jak z Portland. Jako wiecznie pozytywnie nastawiony fan nie widzę innego wyjścia jak wygrania dzisiejszego spotkania z Indianą i poprawienia w końcu fatalnego bilansu.

7. Warto też obejrzeć na bardzo zwolnionym tempie ostatnią akcję Bucks, którą doprowadzili do dogrywki. Naprawdę, dzieło sztuki!

 

Reklamy