Analizy

O sytuacji w Miami słów kilka.

Dzisiaj w nocy mój koszykarski świat runął w gruzach szybciej niż kiedy zobaczyłem pierwszy odcinek Family Guy’a. Niby dalekie porównanie, ale jak przyjrzę się temu nieco bliżej to widzę masę podobieństw. Największym z nich jest zmiana perspektywy patrzenia na wiele rzeczy – z nieco większym dystansem i zdecydowanie większą rezerwą. Sytuacja, z którą mamy do czynienia w zasadzie od początku okresu FA, w końcu wyznaczy amerykańskiej koszykówce nowe trasy, które już od dawna nie były uczęszczane.

Moje negatywne podejście do tego że LeBron, Dwyane i Chris grają w jednej drużynie jest czysto hedonistyczne. Nagle trzech all-starów znalazło się w innej druzynie niż Bucks (nie to, że kiedykolwiek miałem nadzieje wylądowania gwiazdy z prawdziwego zdarzenia w środku Wisconsinowego zadupia). Nagle rywalizacja na wschodzie zrobi się jeszcze bardziej zażarta i nagle ni z tego ni z owego w lidze pojawił się contender jakiego dawno nie było.

Z drugiej strony jestem zdania, że tak fajna i ciekawa rzecz nie zdarzyła się w NBA już naprawdę dawno. Cała otoczka i cały pseudo-królewski show doprowadzał mnie co prawda do szału, ale rezultat jest zniewalający. Okiem fana, kochającego się w twardej, bezpardonowej koszykówce opartej na defensywie, oglądanie Miami będzie ciężką przeprawą. Ale nagle jakie pojawiają się antagonizmy – Cavs nienawidzą Jamesa. Toronto pewnie też będzie życzyć Boshowi jak najlepiej, ale znajdzie się masa fanów, którzy nie raz wygwiżdżą swoją byłą gwiazdę. Pół świata gardzi Lebronem. I dodatkowo pojawiają się tłumy kibiców, które życzą Jamesowi wszystkiego co najgorsze. Patrzcie nagle na pozostałe ekipy, które mają teraz niespotykaną wcześniej motywację, żeby udowodnić wszystkim, że wygrywa prawdziwa drużyna, a nie trójgłowy zmutowany potwór, który swoją motoryką, talentem i siłą może przejechać się po każdym mocniej i brutalniej niż całe Hollywood jeździ po Lindsay Lohan i Paris Hilton razem wziętych.

Wieloletnie rywalizacje to najlepsza rzecz jaka może nas spotkać w koszykówce. Wieczny pojedynek Lakersów z Celtami, czy rywalizacje Knicksów z Miami, Detriot z Chicago, czy może nawet finały SAS z Pistons były wydarzeniami o wiele bardziej zapierającymi dech w piersiach niż pojedyncze wizyty w finałach Orlando, Miami czy Dallas. Wcale nie mam dość ciągłych finałów Celtics-Lakers. Nie mam nic przeciwko temu, żeby co raz w 1/2finałach konferencji spotykali się Knicks-Miami oraz Celtics-Bucks 🙂 Drużyna, a zarazem historia, która stworzyła się na naszych oczach otwiera nowy rozdział NBA jako ligi, w której to zawodnicy decydują gdzie i z kim mają grać. Prawie jak Russell, który w swoich dwóch ostatnich sezonach w karierze pełnił rolę trenera i zawodnika. Wyobraźcie sobie jak super musi się grać w drużynie, która schodzi bierze przerwę w czasie której zawodnicy sami rozrysowują akcję. Sami decydują, kto teraz schodzi z boiska. Wolna amerykanka pełną gębą.

Tyle tylko, że Lebron zyskując genialnych kolegów w drużynie stracił automatycznie szacunek milionów kibiców (i pewnie setek zawodników). Nigdy już nie będzie królem, który w pojedynkę poprowadził drużynę do mistrzostwa. Nawet jak stanie się prawdziwym liderem Heat i doprowadzi ich do 8 z rzędu Finałów, nie będzie miał prawa ogłaszać się najlepszym graczem wszech czasów. Bo o ile umiejętności i talentu nikt mu nie odmówi, o tyle jego wola walki i ambicje zakończyły się w niedawnych przegranych playoffach z Bostonem.

Reklamy