Artykuły

To jak to w końcu jest z tym Ewingiem?

Poniżej znajdziecie tłumaczenie kawałka książki Simmonsa pod tytułem „The Book of Basketball”. Artykuł tyczy się Patricka Ewinga, a Bill udowadnia, że wybory do Galerii Sław nie są już tak prestiżowe jak kiedyś. Również dlatego, że wybrano Ewinga…

Krótki życiorys King Konga: 17 lat gry w NBA, 12 występów w meczach gwiazd, w 86 debiutant roku, w 1990 TOP5 MVP, TOP10 MVP w latach 88, 89, 91, 92, 93 i 97, członek Dream Teamu z 1992…

Fani Knicks zrobiliby wszystko, żeby jeszcze raz móc przeżyć oglądanie gry swojego ulubionego zespołu za czasów Ewinga. Każdy z fanów wierzył, że Patrick był takim udoskonalonym Russellem, destrukcyjną defensywną mocą, która pewnego dnia będzie dzielić i rządzić w NBA. Tyle, że to się nigdy nie stało… i ponownie się nie wydarzyło… a potem wydawało się, że w końcu się wydarzy, ale zakończyło się tylko obiecankami… i znowu się nie stało… aż w końcu niektórzy fani Knicks obudzili się z letargu i powoli zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że być może to się nigdy nie wydarzy. Wiecie jak to wygląda w filmach: facet umiera na łóżku w szpitalu, z boku stoi jego żona i mówi do niego, jak gdyby nigdy nic, każdy z boku się przygląda i trochę głupio się czują, aż w końcu ktoś do niej podchodzi i mówi: „kochanie, to już koniec. On odszedł.” I stara się ją odciągnąć, tyle tylko, że ona zaczyna krzyczeć: „Nieeeeeeeeeeeeeeee!! Nieeeeeeee! Nic mu nie jest!! Zaraz się obudzi” A potem się załamuje i tonie we łzach. Tak właśnie czuli się fani Knicks w latach 1995-1999. Kiedy Hakeem upokorzył Ewinga w finałach 1994, ten drugi padł trupem w tak sposób, że wszyscy w Nowym Jorku zdali sobie sprawę, że „ten koleś kiedy poprowadzi nas na szczyt”. Ale wszyscy oni stali właśnie w szpitalu nad trupem i czekali, aż ten się obudzi…

W końcu zdali sobie sprawę, że kariera Ewinga była albo „frustrująca” (podejście szklanka jest w połowie pełna) albo „wyjątkowo rozczarowująca” (zgodnie z zasadą że szklanka jest w połowie pusta). Sezon 1990 okazał się szczytem jego kariery: zdobywał średnio 29 punktów, 11 zbiórek i 4 bloki przy 55% skuteczności z gry, Knicks mieli 45 wygranych w sezonie zasadniczym, w decydującym meczu numer 4 z Bostonem uratował swój zespół rzucając 44 punkty i zbierając 13 piłek. W kolejnej serii dostali tęgie lanie od Detroit, a Ewing ani razu nie zagrał na swoim wysokim poziomie. Dlaczego? Z powodu kolan.

Ewing na studiach walczył jak tygrys o każdą piłkę, skacząc do bloku do każdego kolesia w promieniu 8 metrów od obręczy.

Ewing jako weteran NBA rzucał z klepek, truchtał kulejąc na obie nogi i przed każdym rzutem kucał.

Na dobrą sprawę nigdy nie był dobrym zbierającym ani podający, nie miał wybitnego zaplecza manewrów podkoszowych, wybił się ponad przeciętność atletyzmem oraz tym, że robił wszystko dobrze, ale nic najlepiej. W zasadzie to było nawet przykre. Biedny Ewing dopracował do perfekcji swoją „twarz walczaka”, uderzał się w pierś to każdym ważnym zagraniu, ogrywał role „wojowników” w wywiadach. Wszystko to prawie zadziałało. Prawie jak wiemy robi wielką różnicę.

Bardziej inteligentni fani Knicks poznali się na nim od początku, bez końca przyglądali się jego zaletom i zawsze dochodzili do tego samego wniosku: z tym kolesiem w składzie, prawdopodobnie nigdy nie zdobędziemy tytułu.

Potem Pat Riley omal nie ocalił Ewinga, przemieniając magicznie Knicks w Bad Bays II. Przegrali dwa pojedynki z Chicago, aż w końcu załapali się na finały dzięki Baseballowej przerwie Jordana i wybitnemu meczowi numer 7 przeciwko Indianie (gdzie Ewing rzucił 22 punkty, miał 20 zbiórek, 7 asysty, 5 bloków oraz dobitkę na wagę wygranej). Rok później Reggie Miller wyrwał serca każdemu w Nowym Jorku w półfinałach konferencji, a przy decydującym o zwycięstwie rzucie piłka po opuszczeniu rąk Ewinga zamieniła się w locie w zdechłego królika.

I w taki sposób magiczne okienko Ewinga zostało zamknięte, tyle tylko, że sam bohater dowiedział się o tym dopiero po kilku latach. Dopiero przez rozpoczęciem sezonu 2001 Knicks odcięli pępowinę (i całkowicie rujnując swoją przyszłość) i zamienili wygasający kontrakt Ewinga na worek kartofli.

A my zaczęliśmy oglądać grę Ewinga przypominającą 15 letniego pudelka z kataraktą, który zaczyna się załatwiać w domu i musi zostać jak najszybciej uśpiony. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego 30 letni centrzy zawsze starzeją się jak psy? Zawsze mają jeden sezon, w którym przytyją ponad 10 kilo, tracą koordynację ruchową oraz wizję, biegają w zwolnionym tempie i skaczą jakby mieli buty pełne żyletek. Jedynie co im pozostaje, to rzut z półobrotu. To tak jakby ktoś całkowicie okradł i zniszczył nasz samochód, zostawiając jedynie z niewiadomego powodu  radio. To radio to rzut z półobrotu. Ewingowi taki ostateczny sezon przydarzył się dwa razy, w Seattle i Orlando. A potem w końcu odszedł.

Ewing nie przetrwał z kilku powodów. Przede wszystkim brakowało mu charyzmy i był chyba najgorzej udzielającym wywiady zawodnikiem od czasów Mosesa Malone’a. Miał też potworne słabości: olbrzymie, trzęsące się przy decydujących rzutach ręce, był słabym zbierającym, nie umiał podawać przy podwojeniach, żaden z kolegów z drużyny nie stał się przy nim lepszym zawodnikiem. Nie miał też ani jednego meczu, po którym każdy mógłby go wspominać. Jego najlepszy moment (Finały 1994) okazały się fatalnym w skutkach doświadczeniem: zdobywał średnio 18,9 punktów przy 30% skuteczności, a Hakeem miał średnio 27pktów i 9 zbiórek przy 50% skuteczności. Oceniamy Ewinga w miarę wysoko tylko dlatego, że w czasie swojego szczytowego momentu w karierze grał w drużynie, która liczyła się w walce o mistrzostwo. A Finał w 1994 powinien nawet wygrać, mając w składzie chociażby Richmonda, Rice’a, Millera albo jakiegokolwiek innego obrońcę innego od Johna Starksa. Podobnie jak jego koledzy z Dream Teamu – Drexler, Robinson czy Malone, Ewing zawsze będzie odbierany jako drugoplanowy banan przebrany za pierwszego banana. Nawet fani Knicks przyznają to po raz pierwszy.

I jeszcze jedna rzecz. Kiedy prowadziłem jeszcze starą stronę, jeden z czytelników przedstawił swoją Teorię Ewinga, w której udowadniał, że w przedziwny sposób zarówno drużyna Hoyas jak i Knicks zawsze grała lepiej, jak Ewing siedział na ławce. Opisałem później tą teorię i nie ukrywam, doskonale się przy tym bawiłem. Parę tygodni później, w 2 meczu finałów wschodu w 1999 roku, Ewing zerwał ścięgno Achillesa. Faworyzowani Pacers czuli, że wygraną mają już w kieszeni, ale wtedy do głosu doszła Teoria Ewinga.  Przed trzecim meczem, autor teorii wesoło pisał na swoim blogu: „kontuzja Ewinga to najlepsza rzecz, jaka mogła się teraz przydarzyć Knicksom. W końcu wejdą do finału!” Niemożliwe stało się możliwe, Knicks wygrali 3 z kolejnych 4 meczów i awansowali do Finałów. W tamtych latach moich 3000 czytelników było pod wielkim wrażeniem.

Podsumowanie jest krótkie: jeśli w czasie swoich najlepszych lat w karierze pojawia się teoria mówiąca, że drużyna gra o wiele lepiej bez twojej obecności, to najprawdopodobniej nie zasługujesz na miejsce w pierwszej 30 najlepszych zawodników NBA.

org. art.: Why Patrick Ewing…
tłum. daveknot

Why Patrick Ewing Was the 39th Best Player Ever

Reklamy

jeden komentarz

  1. na dobra sprawe nie mial obok siebie nigdy naprawde dobrego zawodnika formatu all star, Starks, cz Houston czy Sprewell(byl juz po rocznym rozbracie z koszem), nie byli takimi, Jordan mial Pipena, Shaq Kobe i mozna tak mnozyc. Ale swoja droga Akeem niezle go ogral w tamtych finalach, ale wtedy byl w takiej formie ze co robil z Robinsonem:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.