Witness my ass c.d.

O mój Boże, jak my bardzo popadliśmy w paranoję.

Laurów, wieńców, pochwał i gratulacji zdaje się nie ma końca.

Mamy rzut, który od razu stał się legendarny i w niespełna 12 godzin po zakończeniu meczu dorobił się miana historycznego.

O czym wy wszyscy, z przeproszeniem, pieprzycie?

Czym różnił się ten game winner Lebrona od rzuconego dwa dni wcześniej game winnera Lewisa?

Bo tam zostało jeszcze trochę wolnego czasu i Cavs i tak mieli szansę wygrać mecz?
Bo wygrana w pierwszym meczu finałów nie jest tak ważna, jak w drugim?

Gdzie były zachwyty radości, jak Baby Davis wygrał rzutem w ostatniej sekundzie mecz w Orlando i cudem doprowadził do decydującego meczu w Bostonie? Przecież to też był rzut, który wtedy ratował im dupsko w playoffach (vide Jordan on Ehlo czy Lebron on Hedo wczoraj).

Czemu miłości nie dostał Melo jak trafił trójkę wywalając Dallas z dalszej gry? Nikt nie brał jej pod uwagę, bo miała miejsce na zachodzie w innej strefie czasowej i jeszcze do niektórych nie dotarło, że zdarzyły się już w tym sezonie niejednokrotnie lepsze rzuty niż ten wczorajszy Jamesa?

Nikt nie pamięta ile było wpisów na blogach poświęconych potencjalnie ratującym zycie w playoffach rzutom :

1) Derona Williamsa z Lakersami?
2) Andre Iguodali z Orlando?
3) Trójce Hedo z 76ers?
4) Lay-upowi Younga też z Orlando?
5) Że o trójkach Gordona czy Allena z pierwszej rundy nie wspomnę?

Szczerze dosyć mam całego hype’u wokół Lebrona, podniecania się game winnerem, który był TYLKO game winnerem. Rzut, żeby dorobił się miana historycznego i legendarnego musi być zapamiętany na lata. A zapamiętuje się rzuty, które coś znaczą. Inaczej, zapamiętuje się  rzuty, które znaczą coś więcej niż tylko przedłużenie szans na awans do finałów. Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że był to mecz numer 2. Czy za załózmy 10 lat, większość szarych kibiców koszykówki będzie pamiętało o tym rzucie, jeśli któraś z drużyn wygra załózmy po 7 meczach i ostro odpadnie w finałach?

A jakie game winnery się pamięta?

Na przykład Stocktona z 1997 roku, w 6 meczu finałów konferencji. 13 lat z rzędu awans do playoffów, 13 sezonów bez awansu do finałów. A jego trójka w końcu zapewniła Utah występ w wielkim finale.

Na przykład trójka Paxsona z 1993 roku czy rzut Kerra z 1997 (oba w 6 meczach). Gdyby nie to pierwsze, Bulls wróciliby na mecz numer 7 do Phoenix. Gdyby nie Kerr, Utah wróciliby do Chicago również na decydujące starcie.

Na przykład Derek Fisher w 2004 trafiający za 2 na 0.4 sekundy przed końcem meczu, dając Lakersom awans do finałów zamiast Spurs.

Rozumiecie mniej więcej o co mi chodzi?

Całe to gadanie, że jesteśmy świadkami? Świadkami czego? Bo w moich oczach jedynie niemiłosierniej podniety na supergigancie i innych koszykarskich blogach.

Czy jestem jedyny, którego szlag jasny trafia widząc kolejne peany pochwalne na cześć Jamesa?

Reklama

Witness my ass

Śmiało można powiedzieć, że jak już człowiek raz na rok wstanie o tej 2:30 żeby obejrzeć mecz, to spodziewa się dobrego koszykarskiego widowiska. Wczorajszy drugi mecz między Cavs a Magic napewno by taki nie był, gdyby nie epicka wręcz pogoń Orlando oraz niesamowity rzut LeBrona w końcówce. Ale co z tego, że bylismy świadkami takiego rzutu:

skoro również możemy napisać, że przekonaliśmy się, jak wielkim zawodnikiem Dwight Howard NIE jest. Nie ma co spinać się na dziadowskie sędziowanie, skoro lider twojej drużyny sprawia wrażenie, jakby zamiast grać myślał już nad tym, co napisze na twitterze jak tylko wróci do domu. Nie wiem, czy nie udało mu się zrobić legendarnej kupy przed meczem, czy po prostu czuł się zmęczony (albo jak powiedział Michałowicz „…pochodzi ze stanu Georgia gdzie jest bardzo gorąco i wykorzystuje się bardzo dużo potu…”), ale gdyby zagrał chociaż na połowie swoich normalnych umiejętności, to Orlando dawno miałoby mecz w kieszeni i dwie wyjazdowe wygrane z rzędu. Wystarczy powiedzieć, że drewniany Gortat sprawiał po raz pierwszy naprawdę lepsze wrażenie jeśli chodzi o zaangażowanie, energię i podejście do meczu.

Powoli zaczynam się zgadzać z Simmonsem, który ostatnio zjechał Howarda z góry na dół. Jest młody, ma potencjał, no i sprawia, że Ben Wallace wygląda przy jak niedorozwinięty karzeł z gumką na brodzie (btw, o co mu ona była?). Dwight pokazał w tym meczu jeden dobry ruch w stronę kosza zakończony takim małym półhakiem z prawej ręki. To było w miarę dynamiczne i nie do zatrzymania zagranie. Później niestety tylko udowadniał, że póki co najłatwiej mu się zdobywa punkty z alley-oopów, wsadów po ofensywnych zbiórkach albo kontrach, czy też po minięciu jednego obrońcy, który nie ma wystarczającą siły, żeby ustać na nogach. Co gorsza, ta słabsza dyspozycja widoczna już była w meczach z Bostonem, gdzie mimo dobrych statystyk pokazywał, jak biedny jest jego arsenał ofensywny.

fretting-youngster-smaller

Byliśmy też świadkami niezwykle stronniczego sędziowania, co oczywiście w żaden sposób nie tłumaczy porażki Orlando. Warto jednak chyba obejrzeć jeszcze raz to spotkanie i popatrzeć na kilka kontrowersyjnych decyzji. Z tych, które pamietam:

  • punkty Courney’a Lee zdobyte floaterem, bodaj w trzeciej kwarcie, gdzie odgwizdano (słusznie) ofens na Jamesie, ale niesłusznie nie uznano punktów. Nawet w czasie meczu wyraźnie było widać na powtórce, że Lee wypuścił piłkę o wiele wcześniej, niż Lebron zajął pozycję obronną. Count it.
  • kontrowersyjne i zawsze ciężkie do oceny ofensy. Ten najbardziej widoczny i rażący w oczy to Delonte wbijający się łokciem w Lewisa na połowie Cavs.To było wtedy, kiedy po walce w parkiecie West dostał piłkę będąc w niezbyt wygodnej pozycji, zaczął biec, ale przestawił przedramieniem stojącego przed nim Rasharda. Inaczej możnaby również odwizdać dwie akcje na Gortacie: najpierw wbił się w niego Lebron, później Sasha. Za drugim razem nie wiem jak można było odgwizdać 2+1. Za pierwszym razem był Lebron, tak więc nie dziwię się, że zagwizdali tak a nie inaczej. No i ten „łokieć” Hedo po których Varejao odleciał na 20 metrów do tyłu, jakby rażony piorunem. Proszę…
  • Wiem, że są playoffy, ale czy Mo nie powinien dostać dacha za rzucenie piłką w Howarda?

Orlando wyrastają na mistrzów spokojnego odrabiania strat, ale może warto się zastanowić, dlaczego każdy mecz zaczynają od tak wielkiego przestoju i dopiero tak późno się budzą do życia. Kiedy polegają jedynie na trójkach, gra idzie im zddecydowanie gorzej niż kiedy decydują się na rozrzucenie obrony i zespołowe, szybkie granie.

Po dwóch meczach z Cavs, remis 1-1 brałbym w ciemno na miejscu fanów Orlando. Teraz, wiadomo, że pozostał wielki niedosyt, ale jako kibic koszykówki zdecydowanie wolę taką sytuację, niż 2-0 i szansę na potencjalny sweep.

Zastanawia mnie jednak to, na ile człowiekiem jest Lebron. Grając drugi taki intensywny mecz z rzędu, kiedy praktycznie samotnie ciągnie za sobą drużynę przez ponad 30 minut, ciekawe na ile wystarczy mu dynamitu w nogach, energii, siły żeby biegać na maksymalnej prędkości, wbijać się po swojemu na siłę między 3 zawodników i do tego jeszcze wracać do obrony i pomagać przy podwojeniach Dwighta.

Dzisiaj w nocy Lakersi, a w niedzielę wracamy do Orlando na kolejny pojedynek. Kto wie, może znowu uda mi się go obejrzeć i trochę pomarudzić na koniec.

lebrono