Giannis: mój bastard, który idzie na króla.

Po słabym pierwszym meczu z Celtami, Bucks wyciągnęli wnioski i przejęli kontrolę nad serią wygrywając dwa kolejne spotkania. Oprócz wyniku i prowadzenia 2-1, niesamowicie cieszy mnie emocjonalna ewolucja Giannisa, który z niedojrzałego, pryszczatego licealisty wyrasta na naszych oczach na stoickiego profesora.

Dzieciaki tak szybko dorastają. Mój młody #MikeThePierworodny skończył niedawno siedem lat, we wrześniu wybiera się do szkoły i coraz bardziej zaczyna mnie zaskakiwać swoimi kreatywnymi sposobami na wyprowadzanie ojca z równowagi.

Moja druga pociecha, #EmiliaDracarys, co prawda zgodnie z planem ma się pojawić na świecie dopiero w najbliższy wtorek, ale już zapowiada się, że szybko przejmie kontrolę nad domowym królestwem i owinie nas wszystkich wokół palca szybciej, niż Thanos zdezintegrował połowę życia we wszechświecie.

Moje trzecie dziecko, do którego oficjalnie się jeszcze nie przyznałem bo jest efektem suto zakrapianej imprezy w jednym z greckich barów, robi na mnie jak do tej pory największe wrażenie. #TheGreakBastard, którego karierę w lidze śledzę od początku, najpierw był w moich oczach chudym i niedożywionym prospektem z potencjałem na bust roku, a potem, krok po kroku, zamieniał się w fizyczny wybryk natury, jakim jest dzisiaj.

Ale o ile nad fizycznymi aspektami i predyspozycjami do nabierania masy mięśniowej w tempie w jakim przeciętny polski 37 latek nabiera maszy tłuszczowej, można łatwo zapanować implementując odpowiednie suplementy i rygorystyczne plany treningowe, o tyle mentalną częścią gry, nie jest tak łatwo ogarnąć.

Przypomnij sobie sytuację sprzed trzech lat, kiedy graliśmy z Bykami. Dla Giannisa były to pierwsze playoffy i po trzech szybkich porażkach, niespodziewanie udało nam się wygrać dwa kolejne spotkania i przed przeniesieniem gry do Milwaukee, mieliśmy szansę na wyrównanie rywalizacji i doprowadzenie do siódmego meczu.

To był właśnie ten mecz, który zapamiętałem na długo, bo nie dość, że przegraliśmy 50 punktami, to jeszcze straciliśmy na moment kontakt z Giannisem, który przy stanie 56-26 dla Bulls stracił panowanie nad sobą i postanowił zaatakować klasycznym shoryukenem prowokującego go Dunleavy’ego.

Skończyło się oczywiście na błyskawicznym i bezdyskusyjnym flagrant 2, Giannis opuścił parkiet i został wykluczony na kolejny mecz. Zapytany po latach o tą sytuację skomentował krótko: „Byłem wtedy głupi.”

Nie da się ukryć, że młody zawodnik, któremu przeciwnicy zaszli głęboko za skórę, przegrywając trzydziestoma punktami na własnym parkiecie w teoretycznym elimination game, mógł stracić panowanie nad sobą.

Przenieśmy się teraz do pierwszego meczu z Bostonem sprzed kilkunastu dni. Oczekiwania wobec Giannisa są ogromne, na jego szerokich, testosteronowych barkach spoczywa wielka opowiedzialność. Wszystkie oczy są skierowane na niego, a on jest przecież tylko skromnym, młodym synem nigeryjskich emigrantów, któremu oślepiające go flesze kojarzyły się jeszcze niedawno z jaskrawymi światłami lamp, które prowadziły go do domu po kolejnym dniu sprzedawania pamiątek na ulicach Aten.

Pierwszy mecz, a on zawiódł na całej linii. Agresywna gra i penetracje, na których bazował cały sezon, zostału brutalnie zatrzymane przez szczelny mur postawiony przez obronę Celtów.

Pierwszy mecz serii, który miał być startem drogi do finałów skończył się porażką, a on zagrał swój nagorszy mecz w sezonie. Czy neidojrzały Giannis sprzed trzech lat szeptał mu w głowie słowa namawiające do wyładowania swojej niemocy i frustracji na wbijającym go w ziemię Horfordzie? Być może. Ale najważniejsze jest to, że niedojrzały Giannis został zniszczony jednym ruchem palców Thanosa.

To, kogo widzimy w dwóch ostatnich meczach, to bestia, która w końcu ma odpowiednie nastawienie do gry. Mamba mentality, zaciętość i nieustępliwość, która charakteryzowała Giannisa po każdym przegranym meczu sezonu zasadniczego, po którym prosto z szatni pędził na halę treningową na samotny trening rzutowy, nauczyła go również odpowiedniego panowania nad emocjami.

Dawno nie widziałem Giannisa, który z takimi kurwikami w oczach wbijałby pod kosz. W czterech szybkich meczach z Pistons oddawał średnio niespełna 11FTA. W trzech pierwszych meczach z Celtami, ta średnia skoczyła do ponad 18FTA. I mimo, że jego skuteczność nadal nie przekracza 70%, to jednak jest w stanie teraz konwertować 11,3 punktów z linii rzutów wolnych.

Wpływ obrony Celtów na indywidualne popisy Giannis jest ogromny.
Spadek NetRtg z 25,7 w serii z Pistons do jedynie 1,7.
Ograniczenie OReb% z 9.5 (Pistons) na 2,6.
No najważniejsze, spadek skuteczności z gry z 63% na 49%, procentu punktów z pomalowanego z 59% na 41% oraz wzrostu nieasystowanych punktów z 45% z Pistons na 65% z Celtami.

No i te osobiste, o których marudził na konferencji prasowej Kyrie. W serii z Pistons Giannis zdobywał jedynie 25% swoich punktów z linii rzutów wolnych. Agresywna gra z Celtics i pomocne gwizdki sędziów spowodowały, że wskaźnik ten podskoczył aż do 41% po trzech meczach z Bostonem.

Czy taki styl gry spowalnia tempo spotkań? Tak.

Czy Celtics nie mają innego sposobu na zatrzymanie Giannisa i stąd tak często go faulują? Tak.

Giannis jest świadomy swoich słabości, ale zamiast dodatkowo wyprowadzać się z równowagi patrząc jak kolejna trójka ledwo ociera się o obręcz, wykorzystuje cierpliwie wszystkie naturalne talenty na to, żeby nieustępliwie wchodzić pod kosz i wymuszać kolejne faule.

W ostatnich trzech meczach, Giannis oddał 28 rzutów z restricted area i 9 z pomalowanego. Oprócz tego 10 trójek i tylko 2 z półdystansu. I to tyle. Miał 25 layupów, 7 finger rolli, 6 wsadów i 15 jumpshotów. To jest Giannis, który był w stanie ukierunkować swoją grę tylko na kilka aspektów, które przynoszą w tej serii najwięcej korzyści drużynie.

I to powoli zaczyna być ten moment, kiedy mój #TheGreakBastard zaczyna nie tylko dominować fizycznie, ale również przejmuje mentalnie przejmuje grę. A kiedy to zaskoczy i kiedy będzie w stanie skutecznie kierunkować swoją agresję w produktywny sposób, będzie to kolejny krok do przejęcia kontroli nad wschodem.

Nie ma nic piękniejszego niż patrzenie na rozwój swoich dzieciaków. Z tego mojego najstarszego, jestem póki co najbardziej dumny. Chuj, że nieślubny. Królem i tak będzie, jak tylko wywalczy pierścień.

Reklamy

Niech te derby się nie kończą!

Piotr Niedźwiedzki i Hubert Wyszkowski popsuli koszykarską sobotę dla wrocławskich kibiców. W trzecim meczu Górnik Wałbrzych pokonał pewnie Śląsk Wrocław 100-91, a Czarni Słupsk wygrali na wyjeździe z WKK 99-73.

Miałem to szczęście w nieszczęściu, że w czasie imprezy urodzinowej syna udało mi się obejrzeć pierwszą połowę meczu WKK z Czarnymi oraz drugą połowę Górnika ze Śląskiem.

Czarni Słupsk zaczęli mecz na rzadko spotykanej skuteczności i po pierwszej kwarcie trafili 10 z 12 rzutów za trzy (cały mecz zakończyli z prawie 61% skutecznością), a zespół trenera Niedbalskiego po pierwszy w trakcie tej rywalizacji raził nieskutecznością. Łukasz Uberna zakończył mecz z 5 punktami (2/8 z gry), Bartosz Ciechociński z 12 (3/9 z gry), a Damian Pieloch z 14 (5/11 z gry). Na swoim poziomie zagrał tylko Michał Jędrzejewski, który trafił 7 z 11 rzutów (18 punktów) i rozdał 6 asyst. W drużynie gości gorącą ręką mogło się pochwalić czterech zawodników: Wojciech Jakubiak trafił 4/9 za trzy (18pkt), Łukasz Seweryn 4/5 (14 pkt), Hubert Wyszkowski 3/5 (21 pkt) a Patryk Pełka 4/6 (16 pkt). W sumie trafili oni o pięć trójek więcej, niż cała drużyna z Wrocławia. Dodatkowo, Czarni zdominowali deskę wygrywając ten element 40-20 (8-3 w zbiórkach ofensywnych) i mogli się pochwalić wyjątkowo zespołową grą – na 34 celne rzuty z gry aż 26 było asystowanych.

Nie spodziewałem się, że w pierwszej połowie zobaczę aż tyle prostych strat i niecelnych rzutów z czystych pozycji graczy WKK. O ile w obu meczach w Słupsku chwaliłem młodych podopiecznych trenera Niedbalskiego za zaangażowanie i momentami wręcz profesorską koszykówkę, tak dzisiaj od pierwszych minut ewidentnie widać było różnicę poziomów obu zespołów. Słupszczanie mają dużą szansę, żeby zakończyć jutro serię na wyjeździe i wrócić do domu zasłużony odpoczynek – a sztab trenerski WKK musi zrobić wszystko, żeby ponownie zaszczepić w swoich zawodnikach pewność siebie i jak najszybciej zapomnieć o dzisiejszej porażce.

Kolejny, czwarty mecz – jutro we Wrocławiu o 14:30.
Stan rywalizacji: 2-1 dla Czarnych Słupsk

WKK Wrocław – Czarni Słupsk – chwila wytchnienia od trampolin.

Prosto po rozwiezieniu gości popędziłem sprintem do Wałbrzycha na drugą połowę trzeciego meczu Górnika Wałbrzych i Śląska Wrocław. Zadowolony z wyniku na styku (Śląsk +3) i licząc na zacięte 20 minut, trafiłem akurat na egzekucję wrocławian. Trzecia kwarta wygrana przez gospodarzy 31-15 ustawiła już resztę spotkania. Trzeci mecz z rzędu zakończył się totalna dominacją pod koszami Piotra Niedźwiedzkiego (23 punkty, 14 zbiórek, 4 bloki, 4/5 za trzy), przy którym MVP sezonu zasadniczego Aleksander Dziewa wygląda jak potulny i zagubiony baranek (6 pkt, 9 zbiórek i 1/8 z gry). Przy źle nastawionym celowniku Roberta Skibniewskiego (1/5 za trzy) i Jakuba Musiała (3/12 za trzy), w Śląsku nie było zawodnika, który wziąłby grę na siebie i pomógł wrocławianom nadrabiać straty. Górnik wygrał to spotkania mimo aż 18 strat (przy 11 Śląska) trafiając z prawie 60% skutecznością w meczu (Śląsk fatalne 37%).

Jeśli Śląsk nie chce dopuścić do piątego, decydującego meczu we Wrocławiu, musi przede wszystkim znaleźć sposób na odblokowanie Aleksandra Dziewy. W meczach jak ten, kiedy nie siedzą rzuty z dystansu, wrocławianie nie są w stanie znaleźć recepty na zdobywanie punktów spod kosza, gdzie górują Niedźwiedzki z Wróblem. Karol Michałek zakończył mecz z 9 punktami i 7 zbiórkami, a Szymon Tomczak w 11 minut trafił 1 rzut, miał 4 zbiórki i 5 fauli.

Dolnośląska stolica koszykówki była dzisiaj w Wałbrzychu.

Dolnośląska stolica koszykówki była dzisiaj w Wałbrzychu, gdzie prawie 2000 kibiców wypełniło halę Aqua Zdroju. i zgotowało atmosferę, której nie powstydziłyby się kluby PLK. Można się spodziewać, że na jutrzejszym spotkaniu hala w Wałbrzychu będzie jeszcze bardziej pękała w szwach, bo zapowiada się fascynujący czwarty mecz.

Dla dobra dolnośląskiej koszykówki – niech te derby się nie kończą!

Podsumowanie sezonu zasadniczego Bucks

Niedługo minie 18 lat odkąd podjąłem świadomą decyzję o nieoglądaniu wszystkich drużyn w NBA, a śledzeniu tylko jednej ekipy: Milwaukee Bucks. Rok 2002 uważam za przełomowy w mojej przygodzie z koszykówką, bo nic mnie nie nauczyło radzenia sobie z porażkami, jak te wszystkie lata z przeciętnymi/fatalnymi Kozłami. Wszystko sprawdza się jednak do tego momentu – Bucks są najlepszą drużyną po sezonie zasadniczym i po raz pierwszy odkąd pamiętam, zaczynają playoffy z pozycji faworyta nie tylko w pierwszej rundzie, ale również mają duże szanse na awans do finałów. A mimo wszystko, z wrodzonej przekory, nadal uważam, że nie mogli wybrać gorszego czasu na wygrywanie.

Zanim zaczniemy, krótka podróż w czasie. W czerwcu 2012 roku pisałem o Bucks, jako najprzeciętniejszej drużynie w NBA:

Nie chcę siać za bardzo fatalizmu, czy narzekać na swój biedny, kibicowski los, ale cholera jasna, czy jest w tej chwili drużyna, która stałaby bardziej w miejscu niż Kozły? Jedne drużyny zaliczają wzloty i upadki i przynajmniej odnosi się wrażenie, że coś się tam dzieje. Przeczytałem na jednym z blogów o Kozłach taneczną analogię, że Kozły w tej chwili robią jeden krok do przodu, potem jeden do tyłu. Dwa do przodu i dwa do tyłu. I tak w kółko.

Fajnie jest być fanem najbardziej przeciętnej i jednej z najnudniejszych drużyn w NBA, bo kiedy w końcu coś się uda, będzie się jedną z niewielu osób, które szczerze będą mogły powiedzieć: „W KOŃCU, k***a!” Minusem jest niewątpliwie ciągła świadomość tego, że raczej niemożliwym jest ściągnięcie superstara oferując mu nawet maksymalny kontrakt. Boli wieczne przeświadczenie, że jak tylko klub przestanie być rentowny, to nie będzie ani jednego argumentu pozwalającego nie przenosić go do innego miasta. I po trzecie, bycie w sytuacji, w jakiej są teraz Bucks, jest trochę jak granie w Eurobiznes, posiadanie jednego hotelu, czternastu zastawionych nieruchomości i żadnej gotówki. Wiesz, że się odbijesz od dna pod warunkiem, że będziesz miał na tyle szczęścia i ktoś stanie akurat na tym jednym jedynym polu na planszy. Tym polem dla Bucks wydaje się być draft.

We wspomniany powyżej drafcie 2012 z #14 wybraliśmy Johna Hensona, który niestety nie dość, że nie okazał się naszym zbawieniem to jeszcze dwa lata temu uważałem go za najmniej wartościowego zawodnika Bucks.

Dwa lata później, w maju 2015 roku, podsumowałem sezon Kozłów w następujący sposób: „15-67 to najgorszy sezon w historii Bucks. Nie znaczy to jednak, że nie da się doszukać kilku pozytywów w naszej grze. Giannis został właśnie wybrany 7 najlepszym debiutantem (jeden głos na trzecie miejsce od dziennikarza z Oklahomy), Knight miał naprawdę dobry sezon pokazując, że przy kilku zmianach w składzie może być naszą opcją na przyszłość. W grze każdego z zawodników da się znaleźć coś dobrego – oprócz Sandersa. U niego nie znalazłem nic…”

Aż w końcu nadszedł kwiecień 2019. Sezon, w który jeszcze nie mogę do końca uwierzyć, ze względu na karmę Bucks. A z karmą Bucks jest jak ze szczęściem u Ala Bundy’ego – jak idzie zbyt dobrze, to możesz być pewny, że za moment, równie spektakularnie coś pierdolnie.

Co w tym sezonie było wyjątkowego?

Giannis MVP

Nic jeszcze nie jest przesądzone i nawet mimo mojej szczerej niechęci do Hardena, sam oceniam szanse obu zawodników na 51-49 dla Jamesa, który jest w tym roku po prostu spektakularny ofensywnie. Giannis miałby moim zdaniem tytuł w kieszeni, gdyby Rockets nie przekroczyli magicznej liczby 50 wygranych (od 30 lat tylko jeden zawodnik dostał MVP mimo, że jego drużyna miała <50 zwycięstw – Westbrook). Harden w ostatnich 4 latach ma średnie ponad 30+punktów, prawie 9 asyst i 7 zbiórek na mecz. Jego 36.1 punktów na mecz to najlepszy wynik w ostatnich pięciu dekadach, nie licząc jednorazowego rekordu Jordana. Do tego został ostatnio okradziony, gdy statuetkę przyznano Westbrookowi za triple-double sezon. I właśnie ten argument oraz fakt, że zostało mu już niewiele lat na tak wysokim poziomie pozwala mi przechylać lekko szalę na jego korzyść. Zasłużył na to, żeby chociaż raz zostać docenionym za indywidualne osiągnięcia w sezonie zasadniczym.

Giannis z kolei ma przed sobą kolejne lata dominacji. Jest jak młody Shaq, który dominuje w ataku i jest nie do zatrzymania. Do tego już teraz jest lepszy w obronie, niż Shaq w dowolnym puncie swojej kariery. Jest najlepszym strzelcem, zbierającym, podającym, blokującym i przechwytującym w najlepszej obecnie drużynie NBA. Tylko czterech zawodników z drużyn, które wygrały +60 meczów w sezonie mogło się tym poszczycić: LeBron, Wilt, Bird i Giannis. Ma szansę stać się drugim w historii (po Dirku) zagranicznym MVP. Oraz pierwszym w historii, który oprócz MVP zgarnął jeszcze nagrodę dla najlepszego obrońcy roku. Kurtyna. Więcej nie trzeba chyba w tym miejscu dodawać, bo artykułów i tekstów o tym, dlaczego Antek powinien/nie powinien byćMVP jest co nie miara.

Budenholzer COTY

Coach Bud przyszedł do Bucks z jednym celem – obudować Giannisa grupą zawodników, którzy będą umieli rzucać za trzy i spieprzą jak najdalej od kosza. Z jednej strony pokazuje to, jak nisko była ustawiona poprzeczka za trenera Kidda, który przez dwa lata nie był w stanie wyciągnąć odpowiednich wniosków: Giannis potrzebuje przestrzeni, żeby móc się rozpędzić, zrobić eurostep i skończyć akcję po siłowym (i jednocześnie pełnym gracji) piwocie. Coach Bud dał nam 60 wygranych w sezonie, po raz pierwszy od lat 70. Ciekawostka: Bucks są ósmą drużyną w historii, która 45-krotnie wygrała różnicą większą niż 10 punktów. Poprzednie siedem zespołów to: Bucks 70/71 (47 razy), Lakers 71/72 (50), Bulls 95/96 (46), Bulls 96/97 (46), Celtics 97/08 (45), Warriors 14/15 (45), Warriors 16/17 (48). Wszystkie te zespoły zdobywały w tym samym sezonie mistrzostwo.

John Horst GMem roku

Pisałem już o nic w tym sezonie dwukrotnie. W lutym, jak rozbił bank ściągając Miroticia, i miesiąc później, gdy zacząłem odliczać dni, do przyznania mu nagrody Executive of the Year.

Czas na playoffy

Wchodząc w ten najbardziej elektryzujący moment w sezonie pamiętaj o jednym – Bucks nie przeszli pierwszej rundy od 17 lat. Dlatego to, że teraz wpadniemy na Pistons i większość przewiduje łatwe 4-0 dla Kozłów, jest czymś kompletnie nowym (o tej serii postaram się jeszcze coś więcej napisać w sobotę lub niedzielę przed pierwszym meczem). Pierwsze zagrożenie przyjdzie dopiero w drugiej rundzie, gdzie najprawdopodobniej wpadniemy na Celtics. (Najprawdopodobniej, bo nie zapominajmy, że w Pistons są Playoff Thon i Zaza Pachulia, który w mojej chorej wyobraźni połamał nogi Giannisowi już w pierwszej kwarcie najbliższego meczu…). Celtowie mają najlepszy match-up przeciwko Bucks na wschodzie i śmiem twierdzić, że w razie awansu, kolejna runda będzie dla Kozłów łatwiejsza. Jestem jednak pod nieustannym wpływem niepokojących myśli, które nie pozwalają mi pogodzić się z tym, że wchodzimy w decydującą część sezonu w roli jednego z faworytów do wygrania wschodu (a nawet co odważniejsi potrafią przedstawić Bucks jako siłę przełamującą hegemonię Warriors).

Odliczam godziny do niedzielnego meczu, licząc na to, że tym razem – w końcu! – Bucks nie rozczarują. Boję się nieco tego, że w swojej karierze trener Bud słynął raczej z tego, że na czas playoffów nie robił odpowiednich zmian i nie dostosowywał stylu gry pod konkretnych przeciwników. Wierzę jednak głęboko w to, że skoro nigdy nie pracował z zawodnikami kalibru Giannisa, tym razem nie popełni tych samych błędów i wyprowadzi Kozły na nową drogę i – mecz, po meczu – zaczniemy tworzyć historię. Ten sezon zasadniczy już jest wyjątkowy i być może ciężko będzie go powtórzyć. Dlatego trzeba korzystać z nadarzającej się okazji i iść po wszystko. Bo jak nie teraz, to kiedy?

WKS i WKK wygrywają swoje pierwsze mecze.

To był dobry dzień dla wrocławskiej koszykówki. Swoje pierwsze mecze w playoffach wygrał zarówno Śląsk (94-72 z Górnikiem) jak i WKK (92-90 na wyjeździe z Czarnymi). I choć w perspektywie walki o awans do PLK były to dopiero nieśmiale postawione pierwsze kroki, to nauczony brakiem jakichkolwiek sukcesów dolnośląskich drużyn, nie mam zamiaru deprecjonować dzisiejszych wygranych.

Śląsk Wrocław – Górnik Wałbrzych 94-72

Wrocławianie zaczęli ten mecz bardzo podobnie do ostatniego spotkania z Sokołem Łańcut – dzisiaj też zaczęło się od wysoko wygranej pierwszej połowy 46-24 i mimo walki do ostatniego gwizdka, gościom ani na moment nie udało się zmniejszyć strat do chociażby 15 punktów.

Na całej linii zawiódł dzisiaj świeżo upieczony MVP sezonu zasadniczego Aleksander Dziewa, dla którego odebranie nagrody było najjaśniejszym punktem sobotniego popołudnia. Później zniknął w cieniu górującego nad nim przez cały Piotra Niedźwiedzkiego. 5 punktów i 5 zbiórek w 31 minut, do tego trafienie tylko 1/4 rzutów z gry oraz 1/4 z wolnych, spowodowało, że skandowane przez garstkę wrocławskich kibiców „MVP! MVP!” miało momentami wręcz szyderczy wydźwięk.

A Piotr Niedźwiedzki przypomniał wszystkim, dlaczego przez wiele lat był uważany za wielki talent i nadzieję polskiej koszykówki. Zdominował strefę podkoszową, zakończył mecz z 25 punktami i 17 zbiórkami, do tego praktycznie wyfaulował wrocławskich wysokich: Michał Sasik i Karol Michałek spadli za 5 fauli, Szymon Tomczak miał 4, a Aleksander Dziewa 3 przewinienia. Środkowy Górnika imponował szczególnie w trzeciej kwarcie, którą zaczął od dwóch z rzędu akcji 2+1, a następnie – zupełnie niespodziewanie – dołożył dwie trójki (2/2 w tym meczu, 7/31 w całym sezonie).

Gdyby nie fantastyczny mecz Jakuba Musiała (21 punktów, 4/7 za trzy) oraz Krzysztofa Jakóbczyka , który w pojedynkę trafił prawie tyle samo trójek, co cała drużyna z Wałbrzycha (24 punkty, 6/10 za trzy) w połączeniu z wyjątkową nieporadnością w ataku wałbrzyszan – w sumie poza Niedźwiedzkim zdobyli jedynie 47 punktów trafiając 16/57 z gry oraz 10/16 z wolnych – o wygraną Śląska nie byłoby tak łatwo.

Osobny akapit należy się Michałowi Sasikowi, który mimo słabego meczu rzutowo (0/2 z gry, 0/2 z wolnych), spadnięciu za 5 fauli po niespełna 20 minutach oraz jedynym ujemnym -3 w całej drużynie Śląska, zaimponował niesamowitą walecznością na atakowanej desce. W sumie zebrał 7 piłek (wszystkie w ataku), nie licząc nawet kilku razy, kiedy w gąszczu rąk lekko zmieniał tor lotu piłki. W trzeciej kwarcie trzykrotnie udało mu zebrać piłkę w ataku, odegrać na odwód, co kończyło się trzema trójkami Jakóbczyka.

Śląsk Wrocław wygrał zasłużenie, co ani na moment nie zepsuło nastroju kibicom Górnika, którzy w licznym gronie pojawili się na hali we Wrocławiu i sprawili, że po raz pierwszy od dłuższego czasu było słychać doping z prawdziwego zdarzenia. Emocje na trybunach były zdecydowanie większe niż na parkiecie i nie ma co ukrywać, jest to obowiązkowy element w meczach derbowych.


Czarni Słupsk – WKK Wrocław 90-92

Prosto po zakończeniu meczu we Wrocławiu, popędziłem do domu ukochaną A4, żeby zdążyć na mecz Czarnych z WKK. Trafiłem akurat na druga połowę, w której Czarni na własne życzenie wypuścili z rak praktycznie wygrany mecz. Nie da się wygrać spotkania na styku, kiedy w całym spotkaniu pudłuje się 12 rzutów osobistych (15/27) i w ostatnich sekundach pozwala na łatwe punkty spod kosza Michała Jędrzejewskiego, które pozwoliły gościom odskoczyć na 5 punktów na 14 sekund przed końcem.

Michał Jędrzejewski otarł się w tym meczu o triple double (16 pkt/ 13 as/ 8zb), a Jakub Patoka zdominował pod koszami (24 punkty i 14 zb – 9/13 z gry w tym 3/5 za trzy) i to w zasadzie wystarczyło, żeby wrocławianie wygrali po raz drugi w Słupsku.

Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony dojrzałością i spokojem zawodników WKK w końcówce spotkania – mądrze rozgrywali atak pozycyjny zjadając cenne sekundy, cierpliwie czekali na dogodne pozycje rzutowe i, co najważniejsze, nie trzęsły im się ręce w kluczowych momentach.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Zdaję sobie sprawę z tego, że Czarni wyjdą do kolejnego spotkania z jeszcze większą motywacją niż dzisiaj i zapewne drużynie WKK nie uda się wrócić do Wrocławia z kompletem wyjazdowych zwycięstw, ale z perspektywy wrocławskiego basketa, było to bardzo ważne zwycięstwo.

Na początku sezonu pisałem na łamach polskikosz.pl o tym, że „WKK jest bardzo ważnym ogniwem nie tylko dla wrocławskiej koszykówki, ale i dla nieustannego promowania basketu w Polsce”. Dzisiejsze sensacyjne zwycięstwo było tego przykładem – walka, nieustępliwość, waleczność – albo deflections, charges, flops, które wiszą w szatni zawodników we Wrocławiu są nie tylko pustymi frazesami, które trener Niedbalski powtarza przed każdym spotkaniem. To są fundamenty, na których budowana jest przyszłość dolnośląskiej koszykówki.

Śląsk nadal niepokonany u siebie.

Po jednostronnym pojedynku we wrocławskiej hali AWF Śląsk Wrocław sobie zapewnił awans do play-offów z pierwszego miejsca. Dzięki 25 punktom Roberta Skibniewskiego i 21 Aleksandra Leńczuka, gospodarze pewnie pokonali Sokół Łańcut 105-71.

Śląsk Wrocław – Sokół Łancut 105 -71

Teoretycznie, gdyby ten mecz skończył się już na cztery minuty przed końcem pierwszej połowy, nikt by się nie obraził. Śląsk prowadził wtedy 52-22 i przy niespodziewanej indolencji strzeleckiej gości, mógł sobie pozwolić na spokojnie dogranie do końcowego gwizdka. Pierwszoplanową rolę odgrywał Robert Skibniewski (w całym meczu 25 punktów i 9/13 z gry), który jak natchniony trafiał trójki (6/9). Dla wrocławskiego weterana był to najlepszy mecz w tym sezonie i – nie obraź się Robercie – wyglądał w nim lepiej niż w styczniu 2005 roku, kiedy to po jego asyście Radosław Hyży zdobył zwycięskie punkty w meczu pucharu ULEB z Telekomem Bonn. Czternaście lat minęło, a Robert nadal pokazuje, że jest w stanie znacząco pomóc Śląskowi w upragnionym w tym sezonie awansie do ekstraklasy. A ja, nie wiedzieć dlaczego, po każdej udanej akcji wrocławskiego rozgrywającego przypominałem sobie jego cross-over i podanie pod kosz ze wspomnianego powyżej meczu. Zimna krew, opanowanie, pewność siebie i wysokie koszykarskie IQ – tylko to przychodzi mi do głowy żeby opisać mecz w wykonaniu Skiby.

Na słowa uznania zasłużył również Aleksander Leńczuk, który trafił wszystkie cztery próby za trzy oraz 3 z 4 rzutów za dwa. W sumie w niespełna 19 minut na parkiecie zdobył 21 punktów, raz po raz rażąc trójkami z narożników.

Swoje zrobili również Aleksander Dziewa (15 punktów, 9 zbiórek i 5 asyst) oraz Jakub Musiał (11 punktów, 4 zbiórki). Ten pierwszy nadal udowadnia, ze jest jednym z głównych pretendentów do tytułu MVP pierwszej ligi – jako typowy stretch four potrafi zarówno przepchać się pod koszem jak i zagrozić rzutem z dystansu – mimo, że dzisiaj nie popisał się skutecznością (jedynie 7/14 z gry). Kuba z kolei zagarniał piłkę za każdym razem, jak zbliżał się koniec czasu akcji. Wykorzystywał wtedy swoją szybkość i aż cztery razy w takich sytuacjach udało mu się wymusić faul.

Ciężko kogokolwiek wyróżnić w drużynie z Łańcuta, skoro drużynowo trafili tylko 25 z 60 rzutów z gry, a Śląskowi pozwolili trafiać z prawie 53% skutecznością. To był jeden z tych meczów, o którym jak najszybciej trzeba zapomnieć i przejść myślami do serii playoff z GKSem Tychy.

Szkoda trochę, że w tym meczu zabrakło emocji, tak jak to miało miejsce w Wałbrzychu, gdzie Górnik dopiero w ostatnich sekundach pokonał Kotwicę Kołobrzeg 70-68 i tym samym zapewnił sobie ósme miejsce w tabeli. Tym samym wielką sensacją kończy się sezon zasadniczy w pierwszej lidze, gdzie do kolejnej rundy awansuje beniaminek z Wałbrzycha (mecze ze Śląskiem Wrocław już w najbliższy weekend o 15:00 w hali AWF) a z dalszymi rozgrywkami – po przegranej u siebie z Basketem Poznań 86-96 – pożegna się jeden z faworytów do wygrania ligi – Polonia Leszno.

Nie ma co ukrywać, że dolnośląskie derby Śląsk Wrocław – Górnik Wałbrzych w pierwszej rundzie play-offów będą niesamowicie emocjonujące. Szczególnie mając w pamięci mecz w Wałbrzychu, gdzie kibice wypełnili halę do ostatniego miejsca i przygotowali gościom z Wrocławia małe piekło, jak za starych dobrych lat fani we Włocławku. Górnik pokazał, że na własnym parkiecie jest nieprzewidywalną drużyną (bilans 10-5 po sezonie zasadniczym) i jeśli tylko udałoby im się wyrwać jeden z dwóch pierwszych meczów wyjazdowych, wrocławianie na pewno nie mieliby łatwego zadania. Ale zapowiedź tej pary to temat na kolejny wpis, który mam nadzieję pojawi się w tygodniu.

Mistrzowie dywizji centralnej

Taka szybka i miła informacja z samego rana.

Bucks po raz pierwszy od 18 lat zapewnili sobie pierwsze miejsce w Central Division.

Ostatni raz mogliśmy się cieszyć z tego tytułu w 2001 roku, kiedy po parkiecie w Milwaukee biegał jeszcze Vanilla Gorilla.

Od tamtego czasu mistrzami dywizji zostawali:
– Cavs (6 razy)
– Pistons (6 razy)
– Pacers (3 razy)
– Bulls (2 razy).

Taka ciekawostka: w 14 na 17 przypadków w ostatnich latach, mistrz dywizji docierał do finałów wschodu.

W nocy przedsmak playoffów z Heat. Jak czas pozwoli, będzie jeszcze coś na stronie na ten temat.

Malcolm Brogdon – driving layups mix

Brogdon nie zagra już w sezonie zasadniczym, a to znaczy, że zakończy go rzucając >50% z gry >40% za trzy i >90% wolnych. 
W historii NBA mogą się tym pochwalić tylko: Steph Curry, Kevin Durant, Steve Nash,Jose Calderon, Dirk Nowitzki,Steve Kerr, Reggie Miller i Larry Bird.

Z tej okazji przygotowałem prawie 10 minutową ucztę z tym, w czym Malcolm jest najlepszy. Do znudzenia identycznych wjazdach pod kosz. Dobranoc.:)

%d blogerów lubi to: